czwartek, 1 grudnia 2016

Przerwa w blogowaniu?

Potrzebuję czasem napisać coś na blogu nawet tak dla siebie samej (to uzależnia). Ale muszę teraz na jakiś czas skończyć z wrzucaniem tu rysunków. Powód?

W przyszłym roku wydam swoją pierwszą ilustrowaną książkę i pierwszy tomik komiksów (takie są plany). Ruszę ze sprzedażą różnych rzeczy, ruszę z kilkoma projektami. Dlatego chcę wziąć głęboki oddech przed. Internet przyzwyczaił mnie, że większość tego, co rysuję, powinnam udostępniać publicznie. Dlatego potrzebuję czasu, żeby pobyć sama z własną twórczością. Potrzebuję odnaleźć siebie i swój styl. Niedawno rozrzuciłam po podłodze wszystkie swoje stare prace, robione w czasach, kiedy ten styl miałam. Robione w czasach, kiedy nie robiłam niczego pod publikę, kiedy jeszcze rysowałam "brzydko", ale po swojemu. Rozrzuciłam je po podłodze, usiadłam sobie wśród nich i rozmyślałam. Teraz moje rysunki mogą być "ładne" i dopracowane, cukierkowo-kolorowe, ale co z tego, jeżeli brak im... duszy?

Głównie będę teraz pracować nad swoją książką, którą robię w ramach dyplomu. Na rozgrzewkę wyciągnęłam masę wielkich kartek i bez przerwy coś maluję nie myśląc o tym, żeby to potem skanować, wyszlifować w Photoshopie i wrzucić na bloga. Potrzebuję odnaleźć w tym wszystkim siebie. Przemyśleć to, co robię i co chcę robić.

Tymczasowo nie będę wrzucała żadnych nowych rysunków na bloga. Może będę coś czasem pisać czy wrzucać jakieś zdjęcia, zobaczymy. Jeżeli chodzi o fanpage'a, to wrzucę tam od czasu do czasu coś z zaległych rysunków (bo mam takich jeszcze sporo i to z tego roku), będę też tam informować o różnych wydarzeniach i aktualnościach. Nie wiem, ile czasu potrzebuję na takie częściowe oderwanie się od internetu, ale pewnie parę miesięcy.

Ostatnio czuję też ogromną potrzebę pisania. Chciałabym przelewać gdzieś swoje nieskładne myśli (może jakieś moje podróżnicze historie?) - nawet, jeżeli nikt poza mną nie będzie ich czytał. Chciałabym tworzyć coś niekomercyjnego i mieć tylko kameralne grono odbiorców. Nie wiem jeszcze, co z tym zrobić. Się zobaczy.

środa, 16 listopada 2016

Ksero

Bawiliście się kiedyś w kserowanie pogniecionych rysunków? :D Polecam, idealnie odprężające zajęcie po męczącym dniu.





PS. Próbowałam ostatnio zrobić jakiś montaż filmów (wybrałam surrealistyczne filmy Michela Gondriego, bo surrealistyczne filmy są mega super, wiadomo), możecie zerknąć i ocenić, całość trwa tylko trzy minutki: www.youtube.com/watch?v=k_HXqNHn74E

sobota, 5 listopada 2016

Liebster Blog Award

Zostałam nominowana przez Marakuję do Liebster Blog Award. W skrócie chodzi o to, że muszę odpowiedzieć na jedenaście postawionych przez nią pytań, po czym nominować innych blogerów i ułożyć dla nich własne pytania. Zabawa ma na celu promowanie mniej znanych a dobrych blogów. Świetna sprawa, bo osobiście zawsze lubiłam blogi, a jest ich już coraz mniej niestety. Blogi moich znajomych w większości poumierały, nie mam za bardzo kogo nominować, więc daruję sobie własne pytania. (Chyba, że ktoś chce, mogę coś tam wymyślić.)

No to lecimy z pytaniami od Marakui.

1. Trzy książki, które najbardziej polecasz?

Cały cykl Ziemiomorze Ursuli K. Le Guin (jeżeli mam wybrać jedną książkę, to Najdalszy brzeg), Lewą rękę ciemności także Ursuli K. Le Guin, Odźwiernego Mariny i Siergieja Diaczenków, Nigdziebądź Gaimana... cztery to chyba naciągane trzy.

2. Najdziwniejsze miejsce, w którym kiedykolwiek spałaś?
Naprawdę bardzo fajnie śpi się w krzakach w Amsterdamie, polecam. (Właściwie to w czasie podróży najczęściej śpię w samych dziwnych miejscach, długo by wymieniać.)

3. Papierowa książka czy czytnik e-booków?
Kocham papierowe książki, czytnika w sumie nigdy nie miałam.

4. Co najbardziej lubisz w blogowaniu?
Mnóstwo rzeczy. Prowadzę blogi od bardzo dawna i w czasach, kiedy jeszcze Facebook nie pożarł całego internetu, ludzie pisali sobie nawzajem długie komentarze i w ten sposób poznałam naprawdę fajnych ludzi. Poza tym zawsze lubiłam pisać, w ogóle pisać cokolwiek, pamiętniki, opowiadania, a nawet właśnie te parę słów raz na jakiś czas na blogu. Tak o niczym, dla siebie samej. Lubię też czytać blogi innych, szczególnie te zwykłe, z pozoru nudne, takie o codziennym życiu. Szkoda, że teraz coraz więcej osób od tego odchodzi, bo takie blogowanie dla samego siebie, z pasji a nie dla zysku, podobno się nie opłaca.

5. Gdybyś mogła w mistrzowskim stopniu opanować dowolną umiejętność, co by to było?
Jakiś sport zdecydowanie. Cokolwiek w tym zakresie, sztuki walki, taniec, mistrzowska jazda na rolkach czy na łyżwach, nie wiem już. Zawsze próbowałam iść w tym kierunku i zawsze ostatecznie brakowało mi pewności siebie albo umiejętności. Ale sport daje mi tyle energii i szczęścia, że trochę żałuję, że nie związałam się z nim bardziej.

6. Jaki jest Twój ulubiony deser?
Taki domowej roboty i jedzony w miłym towarzystwie.

7. Najdziwniejsza książka, jaką czytałaś?
Kolega w Calais dał mi słownik francuskiego i kazał się uczyć, nie zrozumiałam z niego ani słówka. ;)

8. Góry czy morze?
Właśnie dlatego kocham Hiszpanię, tam są i góry, i morze. ;) Ale jeżeli muszę wybrać jedno, to morze. Całe życie mieszkam nad morzem i nie wyobrażam sobie mieszkania gdzieś w głębi lądu. W te wakacje pływałam w kilku morzach i w oceanie, i było bosko. Marzy mi się długi rejs przez ocean, chcę kiedyś popłynąć gdziekolwiek jachtostopem.

9. Gdybyś mogła w dowolnym momencie zamienić się w jakieś zwierzę, co by to było?
Oczywiście we wróbla - nie rzuca się w oczy i może wędrować po niebie, czego chcieć więcej?

10. Wolisz pisać w zeszycie czy na komputerze?
W zeszycie. Najbardziej lubię pisać pamiętniki, choć w tej chwili zdarza mi się to już prawie tylko w podróżach. A opowiadań też nigdy nie byłam w stanie pisać na komputerze, bo wtedy cała moja kreatywność magicznie się ulatniała.

11. Co było pierwsze, kura czy jajko?
Koniozaury, kurozaury i glistozaury.

Rysunkiii

Nadrabianie zaległości na blogu czas zacząć. :)



Namalowałam Aurorę Aksnes, bo przyłapałam się na tym, że od paru miesięcy słucham prawie tylko jej piosenek. Ostatnimi czasy to właśnie jej głos nadaje klimat moim dniom, towarzyszy czytaniu, malowaniu, spacerowaniu czy patrzeniu przez okna pociągów. Uwielbiam ją za inność, jej nietypowy wygląd, styl. I za piosenki pełne wrażliwości i delikatności. www.youtube.com/watch?v=sK6jRNl83tY

Niedawno założyłam sobie Instagrama i wrzucam na niego zdjęcia ze swoich podróży, ale czasem zamieszczam też coś bardziej aktualnego i tu na przykład jest zdjęcie z procesu powstawania rysunku z Aurorą. Żeby zrobić to zdjęcie, musiałam zrzucić z biurka większość rzeczy i poukładać część z nich, tak naprawdę to ja nawet nie pracuję przy biurku, nie chcecie wiedzieć, w jakim chaosie tak naprawdę pracuję. Tak więc Instagram kłamie. ;) Ale zapraszam na zdjęcia z podróży, te autostopowe, ale też te starsze z trekkingów po Hiszpanii i Portugalii: www.instagram.com/szarosen.



A tu Esmeralda i Gringoire z musicalu "Notre Dame de Paris". Zawsze chciałam zobaczyć ten musical na żywo i w końcu mi się udało, choć tylko w wersji polskiej w Teatrze Muzycznym.



Nastawiłam się, że musical będzie średni pod względem wokalnym i tak też było, z oryginalną wersją francuską lepiej go nie porównywać, więc na to nawet nie zwracałam większej uwagi. Choć przyznam, że naprawdę słabo wypadły momenty, które powinny być najbardziej emocjonalne. Chociażby w piosence Fleur-de-Lys, w której z niewinnej dziewczynki zamienia się w żądną krwi i pełną pożądania kobietę, w wersji polskiej tych emocji po prostu nie było. Ogólnie jednak wokaliści, mimo że daleko w tyle za Francuzami, byli świetni i jedynie głos Quasimodo bardzo mi przeszkadzał. Był po prostu źle dobrany, za ładny, za czysty, w pierwszym momencie miałam ochotę parsknąć z niedowierzania. Dużym problemem było fatalne nagłośnienie, przez które w niektórych piosenkach po prostu nie dało się rozróżnić słów, pod tym względem totalna klapa.

Największym plusem polskiego spektaklu byli młodzi, pełni zapału aktorzy, bo choć wokalnie wypadli słabiej, to stali się powiewem świeżości dla tak dobrze znanej historii. Maciej Podgórzak jako Gringoire to w ogóle mistrz, jego mimika, gesty, ta beztroska i energia, ogólnie wygrywa cały spektakl. Akurat Gringoire i Esmeralda zawsze byli moją ulubioną parą z książkowego oryginału i miło było patrzeć na ich wspólny, uroczo beztroski (choć krótki) taniec. (Nawiasem mówiąc, Gringoire jest jedną z moich ulubionych postaci książkowych ever, a scena ślubu z Esmeraldą to z kolei jedna z najlepszych książkowych scen, umieram ze śmiechu bardzo.)

Namalowałam jeszcze fanart do Pokemon Go z okazji eventu halloweenowego, jako że bardzo bardzo bardzo kocham creepypasty pokemonowe, duchy i wszystko, co związane z Lavender Town.



Co do samej gry Pokemon Go, to zaczęłam grać w październiku i w tym samym październiku grać przestałam, w sumie grałam jakieś dwa tygodnie. Bardzo fajny pomysł na grę, początkowo nie mogłam się oderwać. Najbardziej podobało mi się łażenie późnym wieczorem po mrocznych zakamarkach Gdańska w poszukiwaniu Pokemonów, miało to swój klimat. Jednak zrezygnowałam jakoś z dnia na dzień, bo mi się zwyczajnie znudziło. I tak uwielbiam duuużo łazić, muszę dbać o kondycję przed kolejnym wakacyjnym trekkingiem lub podróżą autostopową, nie potrzebuję mobilizacji, żeby wyjść z domu. (Swoją drogą, łażenie łażeniem, a tu niedługo sezon na łyżwy, jupijajej.)

Poniżej moja praca na Character Design Challenge, tematem był centaur, więc zrobiłam żyrafko-centaura, robiącego sobie szalik na drutach.



Zaczęłam też robić wampirka na kolejny temat, ale nie miałam czasu skończyć. Może kiedyś dokończę.



Tradycyjnie wrzucam też jakieś szkicyki z notatek z zajęć, oczywiście kotykotykoty.



Mam tak mało czasu na bloga teraz, ogarniam kolejne zlecenia do wydawnictwa i będę tam robić praktyki też, ogarniam studia i w ogóle tyle tego. Na dyplom będę najprawdopodobniej robić książkę dla dzieci z tekstem Kuby Ryszkiewicza, nie mogę się doczekać. A zaraz po dyplomie wydrukuję ziny z moimi komiksami (część będzie dotychczas niepublikowana), też się nie mogę doczekać. Tyle fajnych rzeczy do zrobienia (a jednocześnie rzuciłabym to wszystko i jechała w podróż gdziekolwiek już teraz, jak żyć?). :)

sobota, 22 października 2016

Biblioteka dusz - komiks

I znów tradycyjnie uczestniczyłam w Projekcie 24h, gdzie w czasie 24 godzin trzeba narysować 24 strony komiksu na zadany temat. Tegoroczny temat to "Biblioteka". Szczerze przyznam, że w tym roku miałam sporą trudność - przez naprawdę długi czas miałam totalną pustkę w głowie i zupełnie nie wiedziałam, co mam w ogóle pisać w scenariuszu. Pomysł przyszedł ze sporym opóźnieniem, ale ważne, że przyszedł. Przypomniał mi się jednostronicowy komiksik, który stworzyłam parę lat temu - [link] - i postanowiłam go po prostu rozbudować (bardzo bardzo rozbudować), umieszczając część fabuły w starej, mrocznej bibliotece. Tak więc Freddie powraca w nowej, dłuższej historii.

Zachęcam też do zobaczenia moich poprzednich komiksów z Projektów 24 h:
- 2014 [link] - bardzo luźny komiks o absurdach edukacji;
- 2015 [link] - oparta na własnych doświadczeniach historia o tym, jak zmierzyć się ze stratą.

Tyle słowem wstępu. Jestem naprawdę ciekawa, co myślicie o moim tegorocznym komiksie, czekam na komentarze (na Facebooku albo tutaj), krytykę, hejt, więcej krytyki, cokolwiek (a przynajmniej dajcie znać, czy ktoś to w ogóle przeczytał XD). Rysowanie komiksów naprawdę mnie wkręca ostatnio. :)

poniedziałek, 10 października 2016

Rysunki z podróży

Poczyniłam mnóstwo rysunków w czasie mojej autostopowej podróży, po prostu masówa, niestety jakościowo większość jest średnia czy nawet fatalna, więc wrzucę tylko garść.



Wielu podróżników, których znam, medytuje. W podróży tyle się dzieje, że trzeba czasem przystanąć choć na moment, żeby w tym wszystkim nie zgubić samego siebie. Moją medytacją jest malowanie (oraz pisanie w pamiętniku, którego całe szczęście nigdzie nie udostępnię). Przelewanie wszystkiego, co myślę i czuję, na papier. To powyżej to próba odnalezienia siebie samej w całym chaosie i w mnóstwie zdarzeń, które następowały po sobie niespodziewanie już na samym początku podróży - w Niemczech. To poniżej to próba poukładania problemów, które nawarstwiły mi się pewnego dnia w Belgii.



Pod spodem: mam ogromną potrzebę bycia w ciągłej drodze i w ciągłym ruchu, a pewnego razu sytuacja zmusiła mnie do zatrzymania się i cierpliwego czekania. W podróży nie umiem się poddawać, rezygnować, cały czas działam na adrenalinie, w innym wypadku czuję się jak uwięziona i czasem nie daję sobie z tym rady. Podróżowanie uczy, czasem w bolesny sposób, ale uczy, chociażby tej cierpliwości i rezygnacji.



Poniżej: park w Paryżu, pierwsza w nocy, malowałam to przy słabym świetle latarki. Warunki do malowania fatalne, ale właśnie w fatalnych warunkach mam wzmożoną chęć działania. (Coraz bardziej tęsknię za Paryżem, że tak się sama sobie wtrącę. Czy to jakaś magia, że nie wyobrażam sobie funkcjonowania w życiu bez regularnego odwiedzania Paryża raz na jakiś czas? Mam wrażenie, że to miasto stało się moim kolejnym domem, kolejnym miejscem, do którego muszę wracać.)



Włóczykij nabazgrolony w tirze, który był moim domem na kółkach przez całe cztery dni (w drodze powrotnej, trasa Hiszpania-Niemcy). Jest też lis, bo lubię lisy.



A to... część malunków, które tworzyłam masowo, żeby rozwieszać w różnych miejscach i zachęcać ludzi do kupienia czegoś ode mnie. Brałam do dziesięciu euro za portret. Jeżeli ktoś z Was, czytających mojego bloga, chciałby zostać namalowany w takim bajkowym stylu, mam zamiar ruszyć ze sprzedażą (tak z czystej ciekawości, zobaczyć, czy to by w ogóle poszło). Czterdzieści złotych (wysyłka gratis), format A5, papier akwarelowy, akwarele. Prędzej czy później zamieszczę oficjalne info na fanpage'u, póki co piszę to tutaj tak mniej oficjalnie, ale może a nuż ktoś się zgłosi.



A tu poniżej zdjęcia dwóch portretów, które wykonałam dla turystek w Belgii (bardzo uśmiechniętych i wesołych dziewczyn). W pewnym belgijskim mieście miałyśmy takie nagromadzenie turystów, że niestety nie nadążałam z fotografowaniem tego, co namalowałam. Tak szczerze to ledwo nadążałam z samym malowaniem i po całym dniu z Misią uświadomiłyśmy sobie, że z braku czasu nawet nic nie zjadłyśmy i nie wypiłyśmy. XD



Malowałam też portrety dla ludzi, u których nocowałyśmy, tak w ramach skromnych podziękowań. Tutaj akurat dwie dziewczyny z granicy francusko-hiszpańskiej, które poznałam już na Camino del Norte dwa lata temu i teraz zaprosiły mnie do siebie. (Ale genialne uczucie spotkać się po takim czasie.)



Portret dla chłopaka, którego poznałyśmy przez Couchsurfing i u którego mieszkałyśmy przez parę dni w Belgii. Codziennie po pracy wychodził przynajmniej na godzinę, żeby połazić i nałapać sobie Pokemonów.



Starałam się też oczywiście malować krajobrazy, architekturę i różne rzeczy, które widziałam, ale szło mi fatalnie, więc wklejam tylko dwa obrazki. Na pierwszym urocze łódki widziane w Belgii.



A tutaj próba namalowania widoczku w którejś z holenderskich wiosek, po których jeździłyśmy pożyczonymi rowerami. Wyszło źle, ale zdaję sobie sprawę, jakie błędy zrobiłam (powinnam wszystko bardziej rozmalować, bo wyszło śmiesznie ilustracyjnie a nie malarsko, plus powinnam odważniej mieszać kolory, brakuje mi w tym wszystkim swobody). Wszystko przez to, że nie mam żadnej wprawy w malowaniu krajobrazów.



Niedługo wrzucę jeszcze trochę rzeczy, które namalowałam w ostatnim czasie. A tak z ciekawostek, właśnie założyłam sobie INSTAGRAMA, gdzie będę wrzucać nie tylko te bieżące zdjęcia. Mam tyle zdjęć porobionych w ciągu moich kilku podróży (od 2014), że głównie chciałabym się skupić na nich. Będę również wrzucać te aktualne zdjęcia, głównie dotyczące moich rysunków, studiów i różnych projektów. Co do projektów, to w ten weekend rusza Projekt 24h, na którym w ciągu 24 godzin trzeba narysować 24 strony komiksu na zadany temat. Totalnie już nie mogę się doczekać. :)

czwartek, 6 października 2016

Autostopem po Europie

Znowu razem z Misią wybrałyśmy się w autostopową podróż, choć tym razem znacznie dalej.



Malowałyśmy turystom portrety na ulicach (poniżej wklejam trochę zdjęć sportretowanych przeze mnie ludzi), sprzedawałam też swoje pocztówki z parodiami sławnych obrazów oraz naklejki z namalowanymi kotami. Bycie artystą ulicznym jest świetne. Praktycznie ciągle przebywa się z ludźmi - podchodzą, zagadują, pytają, opowiadają o sobie. A czasem siedzą jeszcze pół godziny po namalowaniu portretu, tak im się fajnie rozmawia. Poznałam też mnóstwo innych artystów ulicznych, portrecistów, śpiewaków, tancerzy (a nawet sprzedawców selfie sticków i czarnoskórych handlarzy kiczowatymi wieżami Eiffla). Miałam możliwość poznać turystykę od tej drugiej, nieznanej strony. Odbyłam wiele niezapomnianych rozmów. Poznałam parę Francuzów, którzy byli w podróży już kilka lat, grali na ulicach na didgeridoo i w ten sposób zarabiali na podróż do Ameryki Południowej, by spotkać się z szamanami. Poznałam parę z VagabundArt, która była w podróży od paru miesięcy i tak, jak my, sprzedawała swoje prace na ulicach różnych miast i krajów. Spałyśmy w amsterdamskich krzakach razem z polsko-litewską grupą autostopowiczów, którzy od dwóch tygodni sprzedawali turystom ręcznie robione łapacze snów i inne cuda. W pewnym paryskim zaułku spotkałyśmy mnóstwo ulicznych portrecistów ze wszystkich stron świata; miałam możliwość całkowicie poznać taki artystyczno-uliczny, inny świat.



Poruszałyśmy się tylko stopem, spałyśmy w namiocie, w tirach, u ludzi z Couchsurfingu i nie tylko. Pływałyśmy w kilku różnych morzach i w oceanie. Jeździłam rowerem po holenderskich wioskach, po przepięknych, zielonych równinach pełnych koni i owiec. Poznałam bezdomnych ludzi w Amsterdamie, gdy w nocy ukryliśmy się gdzieś wszyscy przed ulewą. W bogatej i nowoczesnej Antwerpii widziałam niesamowitą mieszankę kultur i ras (np. widziałam afrykańskie tańce). W Brugii mieszkałyśmy razem z Syryjczykiem, który uczył mnie nowych gitarowych trików, a ja uczyłam go piosenki Wilków (i przysięgam, robił najlepszą herbatę na świecie). Miałam okazję dowiedzieć się czegoś o Syrii od innej strony, nie tylko przez media. W Calais miałam wakacje od wakacji, słodkie lenistwo w domku letniskowym. W Paryżu ukryta wśród płaczących wierzb za Notre Dame oglądałam zachód słońca nad Sekwaną. Gdzieś we Francji poznałam Indianina, który podróżuje z całą masą indiańskich instrumentów i gra na koncertach. Parę dni mieszkałam w Hendaye, w prawdziwym raju na granicy hiszpańsko-francuskiej. Widziałam pustynię na wschodzie Hiszpanii. W Tarragonie nocowałam na plaży i rano zaczęłam dzień od pływania w morzu - idealny początek dnia! W Walencji doszczętnie rozwalił nam się namiot i tym samym musiałyśmy już wracać...

Poznałyśmy mnóstwo niesamowitych kierowców, w tym sporo z Afryki. Jeden nie mówił po angielsku i specjalnie pokazywał nam obrazki z Maryją, żeby wytłumaczyć, że jest katolikiem. Inny - z Tunezji - opowiadał nam wszystko o Francji i zabrał nas w najpiękniejsze punkty widokowe. Jeszcze inny pochodził z Sahary, gdzie na pustyni wychował się razem z licznym rodzeństwem i z wielbłądami. Poświęcił nam cały dzień, by pokazać nam najpiękniejsze miejsca na południe od Barcelony i mówił, że to u nich normalne, że pomaga się innym ludziom, nie rozumie, czemu ludzie w Europie są tacy zamknięci.

Poznałam tyle historii, przeżyłam tyle niezwykłych chwil, że musiałabym założyć osobnego bloga, żeby to wszystko spisać. A to wszystko tylko w pięć tygodni, które w zwykłym codziennym życiu mijają nam niezauważalnie. Kocham podróżnicze życie. W tej chwili moje marzenie to Gruzja i Armenia (moje buty trekkingowe czekają!). Jeżeli nie, to jak najwięcej Hiszpanii plus przepłynięcie się do Maroka. Ale zobaczymy za rok.



Po przerwie wakacyjnej wracam do blogowania, choć będę mieć na to teraz mało czasu (studia + dyplom + zlecenia + parę dodatkowych projektów). Niedługo nadrobię zaległości i wrzucę to, co namalowałam w ostatnim czasie, a jest tego troszkę.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Viajamos

Jedziemy z Misią na autostopowe wakacje. Nie wiem, gdzie i nie wiem za co. Wiem tylko, że Misia bierze ze sobą 500 wizytówek, żeby rozdawać ludziom i zdobyć sławę na całym świecie, więc z głodu nie umrzemy, bo w razie czego będziemy jeść jej wizytówki. :)

niedziela, 31 lipca 2016

Gravity falls - podsumowanie

Heeej, kilka osób pytało mnie o wrażenia po obejrzeniu "Gravity falls" do końca. Całość jest już za mną, więc proszę. (Nie będzie spoilerów, śmiało można czytać!)

Uderza mnie to, jak niesamowicie ukazana jest więź między dwójką głównych bohaterów, ostatnio chyba zapomniałam o tym wspomnieć. A po obejrzeniu całości zdałam sobie sprawę, że ten film opiera się głównie na tym. Kto ma rodzeństwo ten wie, jaka siła tkwi w takiej więzi (dla przykładu ja i mój brat często myślimy o tym samym w tym samym momencie, totalnie czytamy sobie w myślach). Film sporo by stracił, gdyby głównym bohaterem był jedynak. Przez te wszystkie odcinki można było obserwować relację opartą na poświęceniu i akceptacji. Przygoda Dippera i Mabel w pewnym momencie się skończyła, ale pozostała im ta druga osoba, z którą zawsze będzie się można dzielić wspomnieniami.

"Gravity falls" nie boi się dojrzałych przemyśleń. Jeżeli chodzi o końcowe odcinki, to największe wrażenie zrobił na mnie ten poświęcony wyobraźni ("Escape from Reality"). Odcinek ten, jak i przecież cały serial, wypełniony był magią i surrealizmem, słowem: był całkowitym oderwaniem od rzeczywistości. Tym większym zaskoczeniem było więc przesłanie odcinka. Bez wdawania się w szczegóły: chodziło o wyższość rzeczywistości nad wyobraźnią, o zmierzenie się z dorastaniem. Który inny film animowany mówi wprost: patrzcie, jaka fajna jest fantazja, ale rzeczywistość mimo mnóstwa swoich wad jest jednak lepsza, bo jest prawdziwa?

Fabuła to tylko wierzchnia warstwa. Warto zagłębić się bardziej w "Gravity falls", a pozostanie w pamięci na dłużej. (I w sercu, no nie?) ;)

*

Wracając do tematu komiksu na konkurs Janusza Christy...



Tak wyglądają te same kadry, które wrzucałam ostatnio, ale już zeskanowane na profeszynal skanerze. Kolory wyszły prawie tak samo, ale nareszcie kontrast nie jest taki duży i przejścia są łagodne. I miałam naprawdę o wiele mniej pracy przy poprawianiu tego w Photoshopie, więc się opłaciło.



Cały komiks jest już wydrukowany i gotowy do wysłania na konkurs, więc trzymajcie ludzie kciuki za mnie i za scenarzystę Kubę Ryszkiewicza. :) To mój pierwszy udział w takim konkursie, więc szans wielkich nie mam, ale myślę, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty i satysfakcja jest mega. :)



W ogóle po zrobieniu tego komiksu mam tylko ochotę na więcej i więcej. Wiem już trochę, jak wygląda praca nad scenariuszem i storyboardem. Mam sporo własnych scenariuszy, z czego jeden jest taki najulubieńszy (historia nazywa się "W dal", pisałam już o niej parę razy na blogu) i byłoby super, gdyby udało się go zrealizować. Wszystko zależy od tego, czy udałoby mi się go ograniczyć do sensownej ilości stron, bo materiał jest zbyt obszerny i mogę nie dać rady nad nim zapanować. Coś będę musiała z niego po prostu uciąć tu i tam. Zobaczymy. Byłaby to dla mnie możliwość na stworzenie czegoś już zupełnie mojego i całkowicie w moich klimatach. Od wczoraj szkicuję rośliny i zwierzęta, które mogłyby się tam pojawić. Wszystko byłoby takie totalnie moje, domy, tła... Takie pozbawione zasad i absurdalne. Chciałabym po prostu zrobić coś w klimatach mojego komiksu z 2011 (to były tylko 4 strony, ale nadal je kocham, to było tak bardzo moje i w moim stylu, muszę do tego wrócić). Jeżeli mi się uda zapanować nad tym scenariuszem, to może na licencjat zrobię właśnie ten komiks? Chociaż przez ostatnie dwa lata planowałam zrobić ilustrowaną książkę na bardziej poważny temat... Więc nie wiem jeszcze, na co się zdecyduję. Ale muszę przyznać, że rysowanie komiksów mnie wciągnęło. :) Da się? Da się!