piątek, 26 kwietnia 2013

:D

Drugie Trójmiejskie spotkanie grupy rpg Lurid University zaowocowało cudownym collabem, który zamieszczam tu na wieczną pamiątkę dla przyszłych pokoleń.


Przy okazji Cukier zmieniła się w cyklopa, poderwała Tarę, Rufin dostał loczków i takie tam.


Poza tym oczywiście rysowałam dla innych plus sama dostałam masę fajnych rysunków. :D Dzięki dziewczyny za super spotkanie, z wami nawet frytki z KFC smakują lepiej niż te z McDonalda. :'D


Znów nic ambitnego nie narysowałam przez ostatni czas...


I próbuję maziać portreciki, ale nie umiem...

piątek, 19 kwietnia 2013

Życie Pi


Bu.

Nie wiem, co mnie wzięło ostatnio na te filmy... znowu obejrzałam coś na tyle interesującego, że czuję potrzebę podzielenia się. Ale jako że mój blog to przede wszystkim sketchblog, wrzucam tutaj moje najnowsze rysy:



Bestian tak już bardziej na poważnie, choć mój styl rysowania jest niestety mało poważny :c

***

Tak więc... Życie Pi. (BĘDĄ SPOILERY!!!!!! OSTRZEGAM, będą już do końca notki.) Polecił Łukasz W. Oglądałam wcale nie wersję 3D w kinie, a na laptopie, ale wrażenie i tak było (i oglądało się bardzo miło:) Film jako film podobał mi się jako tako, ale skłonił do prostych, jednak ciekawych przemyśleń...

Zacznę od czegoś zupełnie innego. Od książki K-Pax Gene Brewer, do której często nawiązuję myślami. Fabuła składa się z dwóch warstw. Pozornie, powierzchownie opowiada o przybyszu z innej planety, który pisze raport o ziemianach... takie tam sf. Ale kosmita okazuje się być zwykłym człowiekiem, który po okropnie silnych, traumatycznych przeżyciach zaczyna "udawać" właśnie tego kogoś innego (mocno upraszczam, ale nie chcę się rozpisywać). Z jednej strony mamy barwną istotę z obcej planety. Z drugiej zrozpaczonego, zamkniętego i chorego człowieka. Najbardziej uderzającym fragmentem był dla mnie moment, gdy wspomniany "kosmita" znika na parę dni. Inni niepokoją się, szukają go, gdzie zniknął? "Kosmita" wraca tłumacząc, że na ten czas teleportował się w inne miejsce. Wszystko byłoby okej, tylko że po jakimś czasie odkryto, że przez te parę dni ukrywał się (bodajże?) w piwnicy. Z jednej strony mamy historyjkę sf, z drugiej - przerażonego człowieka ukrywającego się przed innymi. Dwie warstwy fabuły. Dwie warstwy człowieczeństwa.

Wracając do filmu. Tytułowy bohater - chłopak o przezwisku Pi - przeżywa niesamowitą przygodę na oceanie. Uciekając z tonącego statku chroni się na łodzi wraz z tygrysem (i początkowo też z innymi zwierzętami, którym niestety nie udaje się przetrwać). Klimat baśniowy, jak z dziecięcej wyobraźni, miejscami wręcz jak z filmu młodzieżowego/przygodowego/fantasy. Podróż latających ryb, majestatyczny skok wieloryba, pływająca wyspa, ogrom oceanu, niesamowita i zadziwiająca przyroda, rozmowy z Bogiem. W tej fascynującej choć niebezpiecznej przygodzie Pi radzi sobie dobrze, nie poddaje się, pozostaje wciąż sobą. Ze względu na swoją religijność nie je mięsa, żywi się jedynie sucharami. Jest zupełnym przeciwieństwem swojego towarzysza-tygrysa. Dzikiej, nieokiełznanej bestii, która poluje, zabija, pożera mięso, kieruje się bezmyślnym instynktem i prawami natury. Dwa kontrasty - grzeczny, religijny chłopak i dziki, zwierzęcy morderca. Wpierw unikają się nawzajem, w końcu dochodzi między nimi do starć o to, kto przejmie dowodzenie. Najpierw nad łodzią panuje tygrys. Potem to chłopak jest górą, ujarzmia bestię. Następnie zaś starają się między sobą porozumieć, współistnieć w jako takiej symbiozie. Aż w końcu okazuje się, że nie mogą bez siebie żyć, jeden drugiemu jest w tej podróży niezbędny. Stanowią jakby całość i jeżeli się rozłączą, nie dotrwają do końca. Oczywiście chłopak i tygrys ratują się, a potem rozstają na zawsze, wszystko kończy się dobrze, przeżywają. No właśnie, piękna baśń.

I tu nadchodzi moment na drugą warstwę, drastycznie inną. Pod koniec filmu Pi opowiada, co naprawdę przytrafiło się w czasie podróży. Tym razem nie widzimy już żadnych obrazów, a jedynie słyszymy historię - zbyt straszną, by cokolwiek oglądać. Dowiadujemy się, nad kim chłopak naprawdę musiał przejąć kontrolę - nie nad tygrysem, a nad zdziczałym samym sobą (na łodzi wcale nie było żadnego tygrysa). Pozostałe zwierzęta obecne na łódce to byli po prostu inni ludzie ocaleli ze statku. W tym momencie tygrys jedzący mięso zebry staje się czymś, o czym nikt przy zdrowych zmysłach wolałby nie myśleć. Tygrys polujący na hienę jest bowiem czymś innym niż człowiek zabijający człowieka... (A pływająca wyspa, która uratowała i żywiła chłopca - gdy przyjrzeć się jej kobiecym kształtom i ruszyć głową, film staje się po prostu przerażający, ale nie będę tu pisać o takich rzeczach). Gdyby film opierał się na prawdziwych przeżyciach Pi, byłby traumatycznym horrorem, którego większość z nas wolałaby nie oglądać.

Ostatecznie, ponieważ chłopiec wrócił z oceanu sam i nikt nie może udowodnić, co wydarzyło się naprawdę, każdy może wybrać, która wersja wydarzeń jest prawdziwa. Słuchający relacji Pi ludzie wybrali barwną wersję wydarzeń, tę z tygrysem. Może po prostu ta historia była tą "lepszą"...?

Film opowiada również o religii... nie jednej konkretnej, tylko po prostu o ludzkich wierzeniach. Życie można przeżyć na dwa sposoby - do wyboru są dwie totalnie różne drogi, obie są tak samo prawdziwe i prowadzą do końca. To, co się nam przytrafia może być po prostu tym, co się przytrafia i niczym ponadto. A może być też przybrane w baśniowe barwy.

Edit.
A tak bardziej osobiście... To wszystko kojarzy mi się z własną twórczością. Kiedyś był okres, gdy pisałam coś na kształt wierszy. Zakrywałam metaforami to, czego nie chciałam przekazywać wprost. Pisałam tylko o tym, co mnie najbardziej w życiu zabolało, o pewnych strasznych przeżyciach.
A przez innych moje wiersze odbierane były po prostu jako... ładne. Bo nikt nie wiedział, co się kryło wewnątrz tych słów.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Even God has a sense of humor

"Jay and Silent Bob are terrible, one-note jokes that only stoners laugh at".

Obiecany w poprzedniej notce krótki przegląd twórczości Kevina Smitha choć jeszcze nie wszystko obejrzałam argh. Nie będzie żadnych spoilerów (!!!) więc śmiało czytajcie.

Filmy Kevina opierają się przede wszystkim na humorze, ale jest to humor dla ambitnych i wybitnych tych, którym do stoczenia się na szczyt wieśniactwa brakuje już tylko zacząć słuchać disco polo ;_; Tak, czuję się niesamowitym prymitywem. (NIE ROZUMIEM wypowiedzi na Filmwebie w stylu "Nie mogłem wytrzymać tych wszystkich obleśnych/wulgarnych scen w Sprzedawcach" - przecież właśnie te sceny były spoko haha... ha...) Tak więc pożywka idealna dla tych znieczulonych na wszelakie obrzydliwości. Dla tych, którzy tak jak ja mają dość wspaniałych, patetycznych i wzniosłych dzieł jak "Zielona mila". Dla tych, którzy nie szukają w kinie czegoś więcej, a czegoś mniej. Dla tych, co po prostu chcą zobaczyć film, a nie jakieś dzieło sztuki / arcydzieło kinematografii. Dla prostaków prostych i spokojnie sobie żyjących ludzi. Tak więc przejdę do konkretów...

[Będę oceniać w całkowicie pozbawionej logiki kolejności (w takiej, w jakiej nie wiem czemu sama oglądałam).]

  • "Dogma". Na początek trafił mi się film odmienny od pozostałej twórczości Kevina (nie opowiada o miłości plus jest czymś na kształt fantasy). Zrobił na mnie silne wrażenie. Nie chodzi mi tylko o dobrze przedstawioną akcję... Najbardziej podobało mi się zahaczenie o kontrowersjogenną tematykę religijną: jednocześnie czyniąc wariacje na temat Biblii, jednocześnie zaś niczego/nikogo nie obrażając. Totalnie czysta komedia, niegroźna parodia. Sporym plusem są też oczywiście bohaterowie, dzięki którym po prostu każda scena cieszy. Najważniejsze postacie są bardzo charakterystyczne. Uwielbiam główną bohaterkę, która ma wszystko w dupie i jest totalnym przeciwieństwem typowej głównej bohaterki. Natomiast Alan Rickman... no, Alan Rickman, sami wiecie (och ach) (BYŁ W TEJ ROLI MILIARD RAZY FAJNIEJSZY NIŻ W "HARRYM POTTERZE".) Fabuła jest po prostu świetna. Jak to się dzieje, że tyle absurdalnych i głupich momentów zbiera się na coś tak bajkowego? Choć paru rzeczy mogłabym się przyczepić (Bóg z uśmiechem "sprzątający" ciała martwych, poza tym gdzie ta cholerna policja - miała przyjechać na koniec i nic, poza tym argh ARGH ogólnie dużo bezsensu), to warto było zobaczyć ten film choćby dla tego jednego momentu, gdzie pojawia się Alanis Morisette, której jedyna kwestia w całym filmie to... *szlag nie będę spoilerować*. Powiem tylko, że głos Alanis jest tu jeszcze bardziej hm, niezwykły niż zazwyczaj. 8D
  • "Sprzedawcy"... nie czuję się godna opisywania klasyka, więc przemilczę. Po prostu klasyk. Od pierwszej aż po ostatnią scenę. Łza się w oku kręci, takie to było dobre. (I'm not even supposed to be here today. :P)
  • "Sprzedawcy 2". Na całe szczęście dla filmu, udało się zachować klimat pierwszej części jednocześnie obsadzając akcję w nowym miejscu i dodając nowe pomysły. Dobra kontynuacja. Równie absurdalny+zabawny+mocny moment (ekhę) kulminacyjny. Tylko ta końcówka jakaś taka niepotrzebnie uładniona. Nie wiem, czy wciskanie mega happy endu naprawdę było konieczne, ale nadal całość pozostaje dobra. (Czekam na trzecią część, już się kręci podobno.)
  • "Latający samochód" - czysty absurdalny humor. Po prostu.
  • "W pogoni za Amy". Po przejrzeniu filmwebowych komentarzy mam wrażenie, że to chyba najbardziej lubiany z filmów Kevina. Obstawiam, że to przez końcówkę (na której ryczałam, takie smuty walnęli). Wszystko obraca się tu wokół miłości, ale udziwnionej jak najbardziej się dało. Postacie nie były tak wyraziste i charakterystyczne jak te ze "Sprzedawców", przez co na tle innych dzieł Kevina to wypada nieco mdło. Mimo wszystko... ten film pozostawia w widzu to coś. (I ten monolog Boba, niemalże poezja. :'D)
  • "Szczury z supermarketu". Pierwsza moja reakcja to: o nie, kolejny film o kolesiu, który chce odzyskać dziewczynę. Miałam już przesyt tego motywu u Kevina... Mimo wszystko "Szczury..." trzymają poziom i klimatem zbliżają się niemalże do samych "Sprzedawców". Ten właśnie klimat budowały te wszystkie poszczególne wątki przewijające się na boku. Dla przykładu: jest człowiek, który przez całą akcję filmu patrzy w stereogram i nie może ujrzeć żaglówki (JAK JA GO DOBRZE ROZUMIEM ;_; chlip). I te wszystkie nawiązania do komiksów i filmów (Bob z gadżetami Batmana i używający mocy Jedi)! Dla tych poszczególnych fragmentów warto było zobaczyć całość. (No i... najlepszy teleturniej, jaki w życiu widziałam!)
  • "Jay i Cichy Bob kontratakują". Ten film zostawiłam sobie na koniec i... bardzo dobrze zrobiłam. Mój ulubiony film Kevina zaraz po "Dogmie" albo nawet obok niej. Powiem szczerze, że początkowo nieco się obawiałam. Jay i Silent Bob to moje ulubione postacie ze wszystkich filmów Kevina: są genialni, zabawni i CAŁKOWICIE DO POKOCHANIA (BARDZO!!!!!!). Do tej pory jednak jedynie przewijali się w tle, a teraz mieli odegrać główną rolę... Nie zawiodłam się - te dwie postacie nic na tym nie utraciły i dalej pozostały sobą. Myśląc nad plusami filmu nie wiem totalnie, od czego zacząć, tyle tego jest... Przede wszystkim fabuła. Znowu mamy akcję: wielka podróż i przygoda za przygodą (zdecydowanie moja ulubiona przygoda to ćpanie w wozie Scoobiego-Doo - nie mogłam uwierzyć, że naprawdę oglądam coś takiego... TAK TAK TAK). Jest akcja, tempo, genialny humor i totalny absurd - wszystko to, co najlepsze. W przeciwieństwie do "Dogmy" nie mam się tu nawet czego czepiać... no, może jednej małej rzeczy. A mianowicie za wiele puszczania oczek do fanów poprzednich tytułów. Motyw z Mattem Damonem jeszcze mi się podobał (bo to przecież Matt Damon, poza tym parodia "Buntownika z wyboru" wyszła po prostu epicko niczym parodia "Władcy pierścieni" w "Sprzedawcach 2"). Ale to rzucanie tytułami prosto z mostu w ostatnich scenach w kinie... nie. Ogółem jednak powtarzam, no nie ma się czego uczepić. Great movie.

  • "Dogma" pozostaje moim ulubionym spośród filmów Kevina Smitha. Za epickość. I za to, że dzięki niej poznałam Jaya i Silent Boba. "...kontratakują" jest zaraz na drugim miejscu. Na trzecim i czwartym są u mnie dwie części "Sprzedawców" (a "Latający samochód" gdzieś pośrodku oczywiście :P). "Szczury..." i "...Amy" wypadły trochę bladziej, choć nadal pozostają barwne.

    Podsumować mogę krótko. Żaden inny reżyser nie sprawił, że po jednym jego filmie tak pokochałam wykreowane przez niego postacie, że od razu rzuciłam się na resztę jego twórczości. Żaden też nie wywołał we mnie takich napadów śmiechu. Dzięki, Kevin, niech moc z jedynie-słusznej-trylogii będzie z tobą.

    asdfghjklzxcvbnm



    Art do grupy FantasmeCollege, Bestian+Orchidea+Luka + jakieś śnieżne klimaty w tle. Miało być ambitnie (czyli bez tych paskudnych, poszarpanych, ołówkowych konturów), ale nie chciało mi się nad tym męczyć, bo i tak 1) skopałam perspektywę, 2) kolory są nieciekawe. Mimo to jestem mniej więcej zadowolona z efektu, bo uzyskałam to, co chciałam uzyskać - art miał przede wszystkim opowiadać jakąś historię, a nie być statyczny jak reszta moich prac. Szkoda tylko, że nie widać żadnych większych emocji eh.


    Bestiany, Orchidee, Luki i koty~


    Zastanawiam się, jak to jest z tymi tworzonymi przeze mnie postaciami. Bestian jest wręcz postacią komediową, podczas gdy bohaterowie mojej tworzącej się wciąż - nazwijmy to ambitnie haha - powieści są TAK CHOLERNIE POWAŻNI I SMUTNI. Główny bohater - zagubione, smutne dziecko, które wyrosło na chłodnego i złego argh coś tu jest nie tak. Reszta postaci też coś około tego. Dziewczyna wspomnianego wyniosła i z wiecznym wkurwem przynajmniej nie jest tak mdła jak pozostali, ale i tak jest źle. A moje opowiadania z gimnazjum to z kolei żarcik za żarcikiem (ach, te pożalsieboże elementy komiczne) - przyznam, że cienkie to wszystko wtedy było i czasem wręcz żal się przyznawać do istnienia tych wątpliwych dzieł, ale jedno trzeba przyznać: to było lekkie. A teraz pióro zwyczajnie przybrało mi na wadze. Tak więc aktualnie staram się znaleźć równowagę między głupiebezsensuALEśmieszne a mroczneciężkiemdłepatos. Od razu przypomina mi się Najdłuższa podróż, gdzie z jednej strony mamy chociażby non stop rzucającego kawałami Kruka, a z drugiej jest przecież epickość pozbawiona ciężkiego patosu. Tak więc tego no.


    Czasami zdarza mi się rysować dziwne rzeczy.

    (...)
    *Tutaj miała nastąpić dalsza część notki dotycząca twórczości pewnego reżysera, o którym ostatnio wspominałam. Ale zaczęłam się nieco rozpisywać na temat poszczególnych jego filmów i całość zajęłaby za dużo miejsca. Więc po prostu dokończę już w kolejnej notce, a tę kończę i amen.*