niedziela, 14 kwietnia 2013

Even God has a sense of humor

"Jay and Silent Bob are terrible, one-note jokes that only stoners laugh at".

Obiecany w poprzedniej notce krótki przegląd twórczości Kevina Smitha choć jeszcze nie wszystko obejrzałam argh. Nie będzie żadnych spoilerów (!!!) więc śmiało czytajcie.

Filmy Kevina opierają się przede wszystkim na humorze, ale jest to humor dla ambitnych i wybitnych tych, którym do stoczenia się na szczyt wieśniactwa brakuje już tylko zacząć słuchać disco polo ;_; Tak, czuję się niesamowitym prymitywem. (NIE ROZUMIEM wypowiedzi na Filmwebie w stylu "Nie mogłem wytrzymać tych wszystkich obleśnych/wulgarnych scen w Sprzedawcach" - przecież właśnie te sceny były spoko haha... ha...) Tak więc pożywka idealna dla tych znieczulonych na wszelakie obrzydliwości. Dla tych, którzy tak jak ja mają dość wspaniałych, patetycznych i wzniosłych dzieł jak "Zielona mila". Dla tych, którzy nie szukają w kinie czegoś więcej, a czegoś mniej. Dla tych, co po prostu chcą zobaczyć film, a nie jakieś dzieło sztuki / arcydzieło kinematografii. Dla prostaków prostych i spokojnie sobie żyjących ludzi. Tak więc przejdę do konkretów...

[Będę oceniać w całkowicie pozbawionej logiki kolejności (w takiej, w jakiej nie wiem czemu sama oglądałam).]

  • "Dogma". Na początek trafił mi się film odmienny od pozostałej twórczości Kevina (nie opowiada o miłości plus jest czymś na kształt fantasy). Zrobił na mnie silne wrażenie. Nie chodzi mi tylko o dobrze przedstawioną akcję... Najbardziej podobało mi się zahaczenie o kontrowersjogenną tematykę religijną: jednocześnie czyniąc wariacje na temat Biblii, jednocześnie zaś niczego/nikogo nie obrażając. Totalnie czysta komedia, niegroźna parodia. Sporym plusem są też oczywiście bohaterowie, dzięki którym po prostu każda scena cieszy. Najważniejsze postacie są bardzo charakterystyczne. Uwielbiam główną bohaterkę, która ma wszystko w dupie i jest totalnym przeciwieństwem typowej głównej bohaterki. Natomiast Alan Rickman... no, Alan Rickman, sami wiecie (och ach) (BYŁ W TEJ ROLI MILIARD RAZY FAJNIEJSZY NIŻ W "HARRYM POTTERZE".) Fabuła jest po prostu świetna. Jak to się dzieje, że tyle absurdalnych i głupich momentów zbiera się na coś tak bajkowego? Choć paru rzeczy mogłabym się przyczepić (Bóg z uśmiechem "sprzątający" ciała martwych, poza tym gdzie ta cholerna policja - miała przyjechać na koniec i nic, poza tym argh ARGH ogólnie dużo bezsensu), to warto było zobaczyć ten film choćby dla tego jednego momentu, gdzie pojawia się Alanis Morisette, której jedyna kwestia w całym filmie to... *szlag nie będę spoilerować*. Powiem tylko, że głos Alanis jest tu jeszcze bardziej hm, niezwykły niż zazwyczaj. 8D
  • "Sprzedawcy"... nie czuję się godna opisywania klasyka, więc przemilczę. Po prostu klasyk. Od pierwszej aż po ostatnią scenę. Łza się w oku kręci, takie to było dobre. (I'm not even supposed to be here today. :P)
  • "Sprzedawcy 2". Na całe szczęście dla filmu, udało się zachować klimat pierwszej części jednocześnie obsadzając akcję w nowym miejscu i dodając nowe pomysły. Dobra kontynuacja. Równie absurdalny+zabawny+mocny moment (ekhę) kulminacyjny. Tylko ta końcówka jakaś taka niepotrzebnie uładniona. Nie wiem, czy wciskanie mega happy endu naprawdę było konieczne, ale nadal całość pozostaje dobra. (Czekam na trzecią część, już się kręci podobno.)
  • "Latający samochód" - czysty absurdalny humor. Po prostu.
  • "W pogoni za Amy". Po przejrzeniu filmwebowych komentarzy mam wrażenie, że to chyba najbardziej lubiany z filmów Kevina. Obstawiam, że to przez końcówkę (na której ryczałam, takie smuty walnęli). Wszystko obraca się tu wokół miłości, ale udziwnionej jak najbardziej się dało. Postacie nie były tak wyraziste i charakterystyczne jak te ze "Sprzedawców", przez co na tle innych dzieł Kevina to wypada nieco mdło. Mimo wszystko... ten film pozostawia w widzu to coś. (I ten monolog Boba, niemalże poezja. :'D)
  • "Szczury z supermarketu". Pierwsza moja reakcja to: o nie, kolejny film o kolesiu, który chce odzyskać dziewczynę. Miałam już przesyt tego motywu u Kevina... Mimo wszystko "Szczury..." trzymają poziom i klimatem zbliżają się niemalże do samych "Sprzedawców". Ten właśnie klimat budowały te wszystkie poszczególne wątki przewijające się na boku. Dla przykładu: jest człowiek, który przez całą akcję filmu patrzy w stereogram i nie może ujrzeć żaglówki (JAK JA GO DOBRZE ROZUMIEM ;_; chlip). I te wszystkie nawiązania do komiksów i filmów (Bob z gadżetami Batmana i używający mocy Jedi)! Dla tych poszczególnych fragmentów warto było zobaczyć całość. (No i... najlepszy teleturniej, jaki w życiu widziałam!)
  • "Jay i Cichy Bob kontratakują". Ten film zostawiłam sobie na koniec i... bardzo dobrze zrobiłam. Mój ulubiony film Kevina zaraz po "Dogmie" albo nawet obok niej. Powiem szczerze, że początkowo nieco się obawiałam. Jay i Silent Bob to moje ulubione postacie ze wszystkich filmów Kevina: są genialni, zabawni i CAŁKOWICIE DO POKOCHANIA (BARDZO!!!!!!). Do tej pory jednak jedynie przewijali się w tle, a teraz mieli odegrać główną rolę... Nie zawiodłam się - te dwie postacie nic na tym nie utraciły i dalej pozostały sobą. Myśląc nad plusami filmu nie wiem totalnie, od czego zacząć, tyle tego jest... Przede wszystkim fabuła. Znowu mamy akcję: wielka podróż i przygoda za przygodą (zdecydowanie moja ulubiona przygoda to ćpanie w wozie Scoobiego-Doo - nie mogłam uwierzyć, że naprawdę oglądam coś takiego... TAK TAK TAK). Jest akcja, tempo, genialny humor i totalny absurd - wszystko to, co najlepsze. W przeciwieństwie do "Dogmy" nie mam się tu nawet czego czepiać... no, może jednej małej rzeczy. A mianowicie za wiele puszczania oczek do fanów poprzednich tytułów. Motyw z Mattem Damonem jeszcze mi się podobał (bo to przecież Matt Damon, poza tym parodia "Buntownika z wyboru" wyszła po prostu epicko niczym parodia "Władcy pierścieni" w "Sprzedawcach 2"). Ale to rzucanie tytułami prosto z mostu w ostatnich scenach w kinie... nie. Ogółem jednak powtarzam, no nie ma się czego uczepić. Great movie.

  • "Dogma" pozostaje moim ulubionym spośród filmów Kevina Smitha. Za epickość. I za to, że dzięki niej poznałam Jaya i Silent Boba. "...kontratakują" jest zaraz na drugim miejscu. Na trzecim i czwartym są u mnie dwie części "Sprzedawców" (a "Latający samochód" gdzieś pośrodku oczywiście :P). "Szczury..." i "...Amy" wypadły trochę bladziej, choć nadal pozostają barwne.

    Podsumować mogę krótko. Żaden inny reżyser nie sprawił, że po jednym jego filmie tak pokochałam wykreowane przez niego postacie, że od razu rzuciłam się na resztę jego twórczości. Żaden też nie wywołał we mnie takich napadów śmiechu. Dzięki, Kevin, niech moc z jedynie-słusznej-trylogii będzie z tobą.

    2 komentarze:

    1. Um, sorry, żadnego tych filmów jeszcze nie widziałam, a wnioskując z innych Twoich wpisów "filmowych", roi się tu pewnie od spoilerów, więc nie przeczytam tej notki (na razie) :P

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. Nie wiem, czy Ci się te filmy spodobają :s Pewnie jesteś zbyt inteligentna i ambitna na takie rzeczy.

        Przy "Życiu Pi" ostrzegałam przed spoilerami, a tutaj nie, więc możesz być pewna, że tutaj ich nie ma. ;)

        Usuń