piątek, 4 października 2013

Beznadziejaaa :D

Trochę czasu minie, zanim kupię nowy skaner, a stary jest już trupem. Photoshop mi kiepsko chodzi i nawet z tabletem efekty są słabe. Dlatego jestem zmuszona rysować do szuflady (ostatnio rysowałam do szuflady 7 lat temu, jak jeszcze nie miałam komputera i internetu). W sumie szkoda, bo chciałabym tu coś wrzucić (jakoś tak się uzależniłam od tego bloga).

Więc rysuję, ale jakoś tak mi dziwnie, gdy wiem, że nikt tego nie zobaczy. Ciężko mi znaleźć sens w rysowaniu dla siebie samej. Z drugiej strony - może i dobrze. Choć bloga mi żal, to przynajmniej odpocznę od Deviantarta i LuridUniversity - w tym drugim tak się zasiedziałam, że praktycznie ostatnio nie rysuję nic innego, jak tylko Cukra. Rozwijające to i ambitne jak nie wiem co... Jakoś w tym wszystkim zatracam samą siebie i zamiast skupiać się na własnej kresce i własnym stylu, i zgłębianiu siebie samej, produkuję masowo te same obrazki. (Pewnie i tak wkrótce ucieknę z Luridu tak samo, jak uciekałam z innych grup internetowych - chociażby niedawno z fanklubu Doctora Who, gdzie wytrzymałam niecały miesiąc wśród maniakalnych fanek Davida Tennanta... internety są dziwne. A czasem nawet straszne. I już nigdy więcej. Żadnego. Serialu. I fandomu.)

*Teraz będzie nawijać o filmach, żeby ukryć tę smutną pustkę na blogu.*

Pisałam tu niedawno, że Jak we śnie (La Science des rêves) to świetny film (bo francuski). Film, w którym zwykłe, codzienne życie nabiera surrealistycznych, baśniowych i wyrazistych barw. Niewiele potrzeba, by rzeczom dookoła nadać niezwykłości i magii (czasem wystarczy jedynie cotton and cardboard). Reżyserem jest Michel Gondry i aktualnie poluję na jego najnowszy film, Dziewczynę z lilią, który okazał się jednak trudno dostępny (choć i tak nic nie przebije Que la lumière soit Arthura Joffé'a - tego filmu nie można znaleźć ani kupić nigdzie, a przecież kiedyś leciał na Hallmarku, chcę go znowuuu).

W końcu zabrałam się też za Coś z Alicji (Něco z Alenky) Jana Švankmajera, który wcześniej znałam jedynie z fragmentów. Jako wielbicielka oryginału Lewisa Carrolla zapoznałam się już z niejedną ekranizacją i tę zaliczam do tych lepszych (dopóki do Alicji nie dobiera się Burton i Johny Depp, jest dobrze). Tu odrealniony świat cudów pokazano za pomocą lalek/zabawek, a sama Alicja raz jest lalką, a innym razem sobą. Jednak nawet będąc człowiekiem brak u niej ludzkich emocji, toteż widz nigdy nie będzie pewien, czy Alicja jest jeszcze realna, czy już nie. Alicja jest też narratorem i jedynym głosem pojawiającym się w filmie, bo cały ten sen należy tylko do niej samej i jest tworem jej własnego umysłu. Nie mamy tu do czynienia z pięknymi krajobrazami - akcja ma miejsce w zamkniętych pomieszczeniach. Taka klatka schodowa na przykład z jednej strony stanowi miejsce bardziej znane dziecku niż zielone ogrody, z drugiej strony jednak budzi w nim większą grozę. Mieszkańcy Krainy Cudów nie są przyjemnymi istotami (co da się zauważyć również w książce) a do Alicji potrafią mieć wręcz wrogie nastawienie. Tu jednak Švankmajer posunął się o krok naprzód i nadał całości bardziej okrutny charakter. Momenty egzekucji, które w książce mają miejsce "poza kadrem" (albo może i w ogóle nigdy do nich ostatecznie nie doszło), tutaj ukazane są dosłownie. W roli kata występuje Biały Królik (w książce tchórzliwy przydupas Królowej Kier, tak naprawdę nigdy nie będący po stronie Alicji - kolejny powód, by nie ufać Burtonowi). Ostatecznie szalony sen przenika do rzeczywistości i wydaje się, jakby to Alicja była sprawczynią tego wszystkiego. To ona też w ostatniej scenie przejmuje rolę królowej i kata, zamierzając ściąć głowę Królikowi. Film oceniam jako niezbyt zdrowy i cieszę się, że Švankmajer zrozumiał Carrolla. Kawał dobrej roboty.

Natomiast ostatnim filmem, jaki widziałam, był Obraz (Le Tableau). Nie dość, że animowany, to jeszcze francuski. Twórczość pana o nazwisku Jean-François Laguionie (ulala, właśnie sobie sprawdziłam, że stworzył też więcej animacji, trzeba będzie obejrzeć wszystkie). Jak poprzednie dwa filmy mi się podobały, to ten mnie po prostu zachwycił. Fabuła fabułą, ale - o mój Boże - strona wizualna i klimat! Nic, tylko zjadać to wzrokiem. Akcja dzieje się w obrazie malarskim, a bohaterami są namalowane postacie, które nie mogą pogodzić się z faktem, że obraz jest niedomalowany. Nie rozumiejąc idei (oczywistej dla każdego, kto miał w ręku pędzel nie tylko do malowania ścian), że dobry obraz nie musi być dopracowany do najmniejszego szczegółu, chcą znaleźć sposób na to, by "ulepszyć" obraz, w którym żyją. Jak można się domyślić z tego krótkiego opisu fabuły, animacja jest niezwykle żywa, barwna i po prostu piękna. Jest dokładnie tym, czego szukam w filmach animowanych.

Zmykam, bo zimno.