środa, 22 stycznia 2014

Potter, Doktor i inni

Ilustracje do mojego hm, tak jakby "opowiadania". Zebrałam wszystkie luźne idee do kupy, usiadłam i w końcu spisałam historię rodziny Hollow. To do mnie niepodobne, ale napisałam wszystko od razu za jednym posiedzeniem (jakieś dwie godzinki), w dodatku zmieściłam się w bodajże 2,5 stronach Worda (normalnie wymyślone przeze mnie historie są tak długie, że padam po 30-40 stronach i nie docieram nawet do połowy tego, co chcę zapisać XD strasznie wszystko rozwlekam). Pierwszy raz udało mi się tak streścić, nie skupiać na żadnych szczegółach, emocjach czy zbędnych dialogach.
HectorHollow jako dziecko był raczej niepozornym chłopcem, toteż nikt nie podejrzewał go o bycie mistrzem oszustw. Nie domyślano się wcale, czemu tak łatwo wygrywał w karty. Mając lat kilkanaście wyzwał na karciany pojedynek samego Diabła. [ciąg dalszy tutaj]



Ta historia powstała zupełnie inaczej niż to, co do tej pory wymyślałam. Narodziła się sama z siebie, tak po prostu z biegiem czasu (dlatego jest mocno nieprzemyślana i przez to moim zdaniem banalna, ale jest). Po prostu najpierw na potrzeby grupy RPG stworzyłam dziewczynkę-Cukier, potem na potrzeby innej grupy RPG wymyśliłam Bestiana, który miał być tylko i wyłącznie Cukrową parodią i stanowić po prostu jej gender-bender. Bestian miał być chwilowym żartem, bohaterem absurdalnych komiksów i tyle, zresztą nie było w nim niczego ciekawego i bardzo szybko mi się znudził. Wycofałam go z RPGa i praktycznie przestał istnieć. Pod namową koleżanek po jakimś czasie wrócił... i tak jakoś wszystko się zaczęło. Zaczął żyć własnym życiem po tym, jak zadałam sobie pytanie, co by było, gdyby pod tą zabawną, pozornie głupkowatą warstwą krył się ambitny i mądry chłopak? Tak też Bestian, którego jeszcze niedawno miałam wywalić do krainy zapomnienia, stał się centralnym punktem całej opowieści. Tak naprawdę cała rodzina narodziła się stopniowo jako tło do jego własnej historii. Aktualnie Bestian jest jedną z moich ulubionych postaci spośród tych stworzonych przeze mnie. Chociaż przyznam szczerze, że turlałam się ze śmiechu rysując go z tą całą dojrzałością, brodą (XD) i tym całym powerem, ale stało się, Bestian spoważniał i ma jakieś tam drugie dno.
(Jeśli ktoś jest ciekawy - to jest pierwsze podejście do tej historii jeszcze z 2012, od tamtego czasu trochę się jednak pozmieniało.)

*

Ostatnio jestem cała napotterowana i stworzyłam nawet własną wersję nauczycielki latania na miotle, jakąś randomową potomkinię/następczynię mojej ulubionej pani Hooch.




Kiedyś nawet próbowałam napisać własny fanfik... *szuka* o, mam [link]. Oczywiście padłam po paru akapitach... ale miło powspominać. Fabuła opierała się głównie na wymyślonych przeze mnie postaciach, choć pojawiał się jeszcze młodszy syn Harrego, Albus (w mojej wersji nazwany Albus Severus Minerva, bo Harry uparł się, by nazwać syna po wszystkich dyrektorach... biedny mały Albus XD). Główny bohater, Kai Friedrich, nie jest nikim ważnym, dopóki nie poznaje prawdy o swoim pochodzeniu. Otóż Snape i Lily mieli potajemnie romans (tak!). Lily zaszła w ciążę, co ukrywała, w końcu urodziła córkę, dała ją pod opiekę Snape'owi i sama wróciła do Jamesa. Córka była charłaczką. Snape po jakimś czasie oddał ją do domu dziecka, by nie narażać jej na niebezpieczeństwo (Voldemort i te sprawy). Jednak regularnie ją odwiedzał. Pewnego razu przestał przychodzić (śmierć i te sprawy), a dziewczyna obwiniła za to wszystko magię i czarodziejów. Wyszła za zwyczajnego, nudnego Niemca, żyła sobie po mugolsku, ukrywała przed synem - Kaiem - całą prawdę. Oczywiście syn okazał się czarodziejem i trafił do Hogwartu. Generalnie opowiadanie miało służyć tylko temu, by oczernić Harrego, Jamesa i Lily (w ogóle Jamesa zawsze uważałam za najbardziej negatywną postać z całej serii XD), i wszystkie pozytywne postacie, a w końcu i cały Hogwart. Taka tam parodia czy wyraz buntu wobec pseudo nieskazitelnych bohaterów. Dodatkowo miał to być hołd dla Snape'a. No i przede wszystkim parodia tego, co tylko da się sparodiować (chociażby bohaterka, która jest wilkołakiem, dlatego je psie chrupki, ma pchły, czasem szczeka, ale jakoś nikt się tym nie przejmuje; ogólnie jest też mnóstwo nonsensownych schematów, niedomówień i błędów w serii, które śmiało można wyciągnąć na wierzch).

*

Jako że ostatnio narysowałam Cukra i Harrego na randce w nibyParyżu - [link] - postanowiłam kontynuować ich przygody i tym razem umieścić w nibyWenecji. (Kolejne miejsce, które sama chciałabym zobaczyć... trochę tego jest :p).
(Harry to postać Arshany.)



(W pierwszej wersji z wody miała wystawać macka. xd)


(Wzorowane na tym zdjęciu.)
Sama się wpakowałam... chciałam Wenecję i teraz za karę będę musiała siedzieć nad każdym z tych budynków, żeby zaczęły jakoś wyglądać. Tomasz gdzieś kiedyś powiedział, że ludzie, którzy przez lata rysowali mangę, potrafią narysować tylko człowieka, a gdy już mają narysować chociażby dom, to narysują taki z pięciu kresek (gorzej niż przedszkole) - doskonale to rozumiem, bo w gimnazjum-liceum rysowałam tylko mangę i teraz mam. :(

*

Na koniec daję jakieś randomowe gryzmoły z notatników. Przyjazny duszek Kacperek...
Niżej jest Bou, znowu Bou i jego siostra Ran (bohaterowie komiksu, do którego zabierałam się dwukrotnie i oczywiście poległam, bo jakże by inaczej), a na końcu oczywiście Jedenasty Doktor z mopem. Jedenasty, który nie jest Jedenastym, bo Moffat to troll.



A właśnie, tak przy okazji:

[Tutaj będzie spoiler do ostatniego odcinka Doktora Who.]
Zawsze byłam ciekawa, jak to będzie zobaczyć Trzynastego Doktora. Niby widzowie będą oglądać jego przygody, ale tak naprawdę przez te kilkanaście czy kilkadziesiąt odcinków będą podświadomie cierpieć czy bać się, bo przecież trzynaste wcielenie Doktora miało być jego ostatnim. Te niesamowite emocje, które towarzyszyłyby oglądaniu przez świadomość, że serial zbliża się do końca. I ten epicki koniec, i pustka w sercu. Albo ostatecznie Doktor w ostatniej chwili znalazłby metodę na to, by zyskać kolejne życie. ALE NIE. Nie będzie takiej serii i nie będzie emocji. Bowiem Jedenasty Doktor TUŻ PRZED SWOJĄ ŚMIERCIĄ musiał wcisnąć gadkę: "Właśnie zaraz umrę, aha, tak przy okazji jestem jednak trzynasty a nie jedenasty, bo *na szybko wymyślony powód*, więc zaraz umrę naprawdę, ojej... a nie, jednak mam dodatkowe życia, przybyły mi z alternatywnego wszechświata, dzięki alternatywny wszechświecie, lol". WHA-?!
No dobra, przyznaję, że tak poza tym "The Time of The Doctor" był super. Ale jednak, WTF Moffat, WTF?
(A pokrótce mówiąc: "The Day of the Doctor" był mocno średniawy, ale "The Five(ish) Doctors" epicki i przynajmniej wyjaśniło się, czemu Sylvester McCoy zostawił Gandalfa samego z Czarnoksiężnikiem. XD)
EDIT: Teraz tak mi przyszło do głowy... Kiedy River Song (w "The Impossible Astronaut") "zabija" Doktora, wyraźnie pamiętam, że któryś z bohaterów skomentował, że Doktor zaraz zacznie się zmieniać... Natomiast nie padło nic w stylu "teraz na pewno umrze, bo to było jego trzynaste wcielenie". XD Więc Moffat to wymyślił w ostatniej chwili pewnie... eh. XD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz