wtorek, 4 marca 2014

Chińszczyzna





Na początek wrzucam rysunek, który robiłam jeszcze w lutym. Miał być bardzo dopracowany, super i w ogóle, ale w połowie roboty mi się odechciało i jest jak jest. Po prostu nie zapowiadał się tak fajnie, jak miał się zapowiadać. Ale pomysł jakiś tam miałam.





*

A zmieniając temat.

W dzieciństwie chodziłam na karate, niestety tylko przez rok (bo spróbujcie znaleźć czas na hobby, gdy ciągniecie podstawówkę równolegle ze szkołą muzyczną... która teoretycznie sama w sobie miała być moim hobby, ale co ja tam wiem). Do tej pory pamiętam wszystkie wyuczone chwyty i układy, choć siła i precyzja już nie ta. ;D Chyba jednak z tego okresu zostało we mnie coś jeszcze, skoro kiedy w telewizji leci jakikolwiek film z Jackie Chanem albo kimś jackiechanopodobnym, to nie mogę się oderwać. Nie zwracam uwagi na fabułę, w ogóle na nic, tylko patrzę sobie, JAK ONI WSZYSCY TAM ZAJEBIŚCIE WYMIATAJĄ. Przyznaję, że nawet nie przykładam wagi do tego, jaki jest tytuł oglądanego przeze mnie właśnie filmu... do czasu. Ostatnio zupełnie przypadkiem trafiłam na film, w którym nie tylko pojawiają się totalnie zarąbiste w kosmos sceny walki, ale też coś więcej, znacznie więcej. Tak więc - "Ip Man", krótka i szalenie subiektywna recenzja (bez spoilerów, zapraszam).



Nie jest to jeden z tych oryginalnych, abstrakcyjnych czy surrealistycznych filmów, które ostatnio wynajduję i których nikt poza mną nigdy nie widział (przez co czuję się och jak bardzo ambitnie). Fabuła w "Ip Manie" nie jest jakaś niesamowicie odkrywcza czy genialna (źli Japończycy atakują dobrych Chińczyków, spoko). Co więc wyróżnia ten właśnie film? Otóż główny bohater. Jest po prostu bezbłędnie wykreowaną postacią. Skromny, niepozorny, opanowany i cichy, żyjący sobie całkowicie zwyczajnie, z mądrością dobierający słowa i podejmujący decyzje. Typ mentora pociągającego za sobą ludzi niczym Jezus ver.2, wspiera potrzebujących, tu nakarmi i napoi, tam pomoże i ochroni. ;D Jednocześnie jest oczywiście totalnym mistrzem w walce, po prostu nie ma takiej możliwości, by ktoś z nim wygrał. Połączenie takiego charakteru z wręcz niesamowitym stylem walki daje naprawdę świetnego bohatera. To coś więcej niż walka, gdy każdy jego cios jest przemyślany, gdy wszystko to ma jakiś cel. Wiem, że fabuła jak fabuła, ale tytułowy Ip Man pociąga za sobą tak bardzo, że chce się oglądać (po kilka razy) chociażby po to, żeby śledzić jego własne poczynania. Warto go zobaczyć nawet w drugiej części - tam już z kolei w nieco jaśniejszych barwach, już nie na tle wojny, a bardziej w codziennym życiu (przynajmniej do połowy filmu, bo od połowy wciskają nam strasznych i złych Anglików, którzy tak bardzo nie lubią Chińczyków z tym ich spokojnym temperamentem i spokojnym piciem herbaty, bo przecież Anglicy są tacy agresywni i... oh wait).

A w ogóle to [link]. xd (Chociaż na zachętę to raczej powinnam dać to [link] - najlepsza scena walki ever.)



To straszne uczucie, kiedy uświadamiasz sobie, że fikcyjni bohaterowie są tacy fajni, a ty nigdy taki nie będziesz. Q_Q Tak samo jak wtedy, gdy nie dostałam listu z Hogwartu. Albo gdy okazało się, że nie mam super mocy X-menów. Albo wtedy, gdy wypatrywałam niebieskiej budki Doctora Who za oknem, a ta w ogóle się nie pojawiła. DLACZEGOOO q_q.

2 komentarze:

  1. oh piękna chińszczyzna podoba mi się styl i kolory ładnie leżą ; )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :D Chociaż tytuł "chińszczyzna" nawiązywał akurat do drugiej części postu xD ale i tak dzięki za pozytywny komentarz :)

      Usuń