czwartek, 25 września 2014

Jak nie używać akwareli?

W Hiszpanii poznałam jednego holendra-podróżnika, od nikogo wcześniej nie dostałam tylu ciastek, czekolady, piwa i przyjaźni, więc obiecałam mu, że po powrocie do domu prześlę mu pocztą listorysunek w podzięce. Tak więc.



Przy okazji: parę słów na temat używania akwareli w sposób, w jaki nie powinno się ich używać. Otóż powinno się je używać na papierze akwarelowym, czyli jak najbardziej fakturowanym. Osobiście go nie cierpię (choć przy normalnym sposobie używania akwareli - bez lineartu, bez konkretnych kształtów, dużo wody, kolory przechodzą płynnie, mieszają się - zapewne się sprawdza). Jeszcze w liceum dostałam od mojej ulubionej pani od plastyki stos całkowicie gładkich kartonów. Próbowałam wtedy namalować na nich coś akwarelami i była z tym tragedia - przy zmazywaniu ołówka zmazywał się cienkopis, przy kładzeniu drugiej warstwy farby schodziła pierwsza, niszczył się papier, totalnie nad tym nie panowałam, malowanie było torturą, ale... efekt wyszedł na tyle dziwny, że mi się spodobał. Od tamtej pory czasem sięgam do tego stosu (niestety już coraz mniejszego) i malowanie na takim gładkim i złym papierze sprawia mi coraz więcej przyjemności, a przede wszystkim odkrywam więcej możliwości. W malarstwie akwarelą zasadniczo nie widać śladu pędzla, nie kładzie się też farby grubą warstwą, a tu (najlepiej to widać na bluzce i plecaku) chaotyczny ślad pędzla daje naprawdę ciekawą fakturę. Na takim papierze używa się też minimum wody (mimo że akwarele to jednak farby wodne), Ziemię robiłam już niemalże suchym pędzlem.



Planuję namalować coś jeszcze tą dziwną metodą, tym razem nakładając znacznie więcej farby (bo tu zostawiłam dużo białej przestrzeni i zabawy było mniej).

*

W ogóle ostatnio myślę o rysowanych przez siebie postaciach i scenach bardziej w perspektywie. Nie mam pojęcia, jak się do tego zabrać, to wszystko wychodzi mi jeszcze szalenie niepoprawnie i dziwacznie. Na razie na zasadzie: to, co dalej, jest mniejsze itp. Ale bardzo mnie to wciąga i już wolę rysować dziwnie niż ciągle stać w miejscu i przedstawiać postacie zawsze w ten sam sposób. Chyba właśnie tego mi brakowało - perspektywy, która mogłaby nadać nieco dynamiki moim bardzo statycznym i przez to nudnym rysunkom. Tak więc staram się to jeszcze ogarnąć po swojemu, może coś z tego będzie.



*

Będę na miliard procent na Łódzkim Festiwalu Komiksu, jupiii, do zobaczenia na miejscu! A tak Breniary zilustrował nasze przygotowania do drogi - [link]. :D

piątek, 19 września 2014

Stary przewodnik

Dalej projektuję moją nową postać, jeszcze nie jestem pewna ostatecznego wizerunku. Pielgrzym ma być połączeniem wszystkich tych, których spotkałam w czasie swojej wędrówki po Hiszpanii. Każdy tam przybył ze swojego kraju, każdy miał swoją historię, być może prostą i szczęśliwą, być może tragiczną, każdy miał swoje własne życie, ale na trasie to wszystko znikało. Wszyscy stawali się tacy sami, wszyscy po prostu szli, po prostu jedli, po prostu spali i potem znów szli. Niezależnie od swojej przeszłości i od swoich planów, od zajmowanych stanowisk, od wieku czy płci - to wszystko nie miało tam znaczenia. Dlatego mój Pielgrzym jest bezimienny, dopóki nie dojdzie do celu. To postać bez historii, bez domu, bez niczego. O niczym nie myśli, niczym się nie przejmuje. Na chwilę obecną on po prostu idzie.



Czas i miejsce również chcę zostawić nieokreślone, być może jest to bardzo odległa przyszłość, a może wymieszanie wszystkich czasów. Pielgrzym posiada starodawny przewodnik z wyblakłymi kartkami, na ostatnich stronach jest wzmianka o krainie na samym krańcu Ziemi i o potworach w oceanie. Jako że internet w tym uniwersum nie istnieje, Pielgrzym nie ma innych źródeł informacji i wierzy słowom przewodnika, jednocześnie jednak wyrusza w podróż, by nanieść jakieś poprawki do tekstu.

Wspominałam o nietypowym towarzyszu...



Jeśli ktoś widział mój film z Hiszpanii - są tam głównie ludzie, całe grupy ludzi. Mam też spory materiał filmowy z dni, które przeszłam samotnie, ale budzi we mnie raczej niemiłe wspomnienia i dodałam go jak najmniej. Szczerze - większość drogi przeszłam sama, jak chyba większość wędrowców na tej mało popularnej trasie del Norte (jedynie w schroniskach zawsze czekała na mnie ta sama, cudowna stała ekipa super ludzi), ale nienawidziłam tej samotności i żałowałam, że nie mam choćby psa, który cały czas biegałby obok. Potem zaczęłam wymyślać właśnie Pielgrzyma, który podróżowałby z psopodobnym towarzyszem - wielkim robotem-pająkiem. Nie mam pojęcia, czemu akurat robot przyszedł mi do głowy. :P



Ale wyobraźcie sobie, ile taki robot miałby zastosowań! Jesteś w pięknym miejscu, ale nie ma ci kto zrobić zdjęcia, a aparatu z samowyzwalaczem nie ma gdzie postawić (a statyw za ciężki do noszenia) - robot zrobi ci idealną fotkę. Chcesz iść spać, ale zanosi się na deszcz - robot to idealne zadaszenie. Idziesz, a przed tobą kałuże i rzeki (takie drogi też się zdarzały) - robot może cię ponieść. Ale przede wszystkim nie ma tego uczucia samotności - można sobie nawet pogadać (choć to bardzo małomówny robot jest).



Tak więc Pielgrzym wędruje ze swoim robo-pająkiem Estebanem, którego wykupił na jakimś złomowisku za 75 centów. Co z tego będzie nadal nie wiem, historia układa mi się w głowie, choć jest zupełnie bez początku i bez końca, raczej osobne pomysły. Mogę tylko powiedzieć, że podróże stanowią niemalże niewyczerpane źródło inspiracji, więc nic tylko wędrować, a potem kreować. :)

środa, 17 września 2014

Trzecia rocznica istnienia bloga xd

Tak więc Baltikon... Początkowo mnie odstraszył (ci dziwni przebierańcy, gdzie ja jestem, gdzie jest normalność?!), ale już po chwili było super. Świetni ludzie, wspólne rozmowy przy za małych pierogach, na niektórych panelach dusiłam się ze śmiechu, na innych siedziałam cicho w kącie i rysowałam słuchając jednym uchem. Dałam się wrobić w rolę jury w jednym konkursie, a w międzyczasie biegałam z aparatem jako fotograf dla pewnego portalu. Z ciekawszych punktów - byłam na panelu o polskiej fantasy słowiańskiej oraz o wierzeniach i baśniach japońskich, mega inspirujące rzeczy. Bezpośrednio z Baltikonu wylądowałam na piwie z komiksiarzami w Gdańsku, łaziliśmy po ruinach, ogólnie weekend uważam za bardzo udany. :)



Co do obrazka powyżej - lineart powstał właśnie w czasie Baltikonu, dlatego taki krzywy, bo miałam ciężkie warunki. Bestian jako dzielny rycerz rusza na ratunek damie uwięzionej w najwyższej wieży (zabrakło mi kartki na ostatni kadr, gdzie miało się wyjaśnić, że to tylko jego sen. :D)



A tu poniżej coś, co zaczęłam i czego nie skończę, i z czego nie jestem zadowolona. Chyba przerobię na skręta, żeby nie marnować papieru, bo przeze mnie umarło jakieś drzewo.



W ogóle ostatnio usłyszałam od kogoś na temat tej animacji [link], że jest "zupełnie w stylu Antonisza" i to największy komplement, jaki w życiu dostałam, łzy szczęścia w oczach i takie tam. Umrę szczęśliwa.

*

I teraz coś nierysunkowego: zrobiłam swój pierwszy film w życiu. Pożyczyłam do Hiszpanii kamerę od brata (swoją drogą podziwiam teraz siebie za noszenie kamery, aparatu, telefonu i ładowarek do tego wszystkiego, oczywiście wszystko musiałam mieć cały czas pod ręką, szlag niektórzy to wszystko mają po prostu w telefonie XD) i starałam się uwiecznić co fajniejsze momenty. Chciałam być inspiracją dla kogoś, bo mnie samą do wyruszenia w drogę zainspirowały właśnie filmy i zdjęcia innych osób. Jeśli ktoś mi kiedyś napisze, że po obejrzeniu tego filmu ma ochotę przejść tę samą trasę - moja misja dobiegnie końca.



Co do szkiców poniżej, to również inspiracja moją podróżą. W trakcie drogi wpadłam na pomysł stworzenia postaci pielgrzyma i jego bardzo niecodziennego towarzysza, którzy ruszają w drogę, by nanieść poprawki w starodawnym przewodniku. Co z tego będzie jeszcze nie wiem, być może sam projekt postaci, a może strona komiksu lub kilka stron, się zobaczy. Więcej informacji na pewno wkrótce.



*

13.09 minęła trzecia rocznica powstania mojego bloga!
!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!1111111111

Dziękuję wszystkim, którzy tu wchodzą, czytają i komentują, jesteście super!

poniedziałek, 8 września 2014

Wlóczykijowanie po Hiszpanii

Udało mi się spełnić swoje największe marzenie, przeszłam Hiszpanię na piechotę (szlakiem Camino del Norte). :) Dziękuję wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki!



Plan był prosty: wyruszyć całkiem samej do nieznanego sobie kraju, bez znajomości języka, z małą ilością pieniędzy, w jednych tylko sandałach i z niewielkim plecakiem, po czym po prostu iść i iść przed siebie (hahaha). Iii... plan prawie wypalił, bo z tym "całkiem samej" to tak nie do końca. Już pierwszego dnia poznałam niesamowicie wspaniałych ludzi i potrafiłam iść czasem cały dzień zupełnie sama po totalnej dziczy i odludziu, a innym razem w super pozytywnej grupie innych wędrowców. I jedno, i drugie miało swój urok, ale teraz w ogóle nie wyobrażam sobie, co by to było, gdybym nie trafiła akurat na te osoby. Dogadywaliśmy się świetnie mimo, że każdy był z innego kraju, każdy miał inne poglądy i tradycję. Sama wędrówka super, uwielbiam chodzić nawet te czterdzieści parę kilometrów dziennie (dziwne hobby...). Niesamowite wrażenie robią potężne skały i klify, wzburzony ocean, magiczny las jak ze Śródziemia czy malowniczy widok wypasanych w górach owiec czy kóz. Największym przeżyciem było oczywiście dotarcie do celu podróży - do Fisterry czyli miejsca uważanego w średniowieczu za koniec świata. Zachód słońca w Fisterrze nad bezkresnym oceanem - emocje nie do opisania. (A przy okazji samego wędrowania miałam też okazję stopować, surfować, wspinać się po skałach, grać na ukulele, uczestniczyć w rytuale odpędzania wiedźm i jeść kanapkę z ośmiornicą.)



Ogólnie myślałam, że jak już spełnię to swoje nietypowe marzenie, to może mi przejdzie i zacznę mieć normalne, życiowe plany i pragnienia, ale nie - czuję, że mogłabym robić takie rzeczy już do końca życia. Także jak kiedyś wygram górę kasy, to rzucę wszystko i będę bez ustanku podróżować po świecie. A póki co muszę wrócić do szarej rzeczywistości, ale na sto procent każdy zaoszczędzony grosz pójdzie na kolejną wyprawę. Marzy mi się wizyta w buddyjskim klasztorze, wolontariat w afrykańskim sierocińcu i jeszcze kilka innych totalnie niepoważnych rzeczy.



*

W drodze powrotnej żałowałam, że nie mam kartki do rysowania, ale w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że pamiątki, które przewożę, są w papierowej torbie. Oczywiście całą zarysowałam:



W następnym poście obiecuję wrócić do tematyki bloga i zamieścić jakieś moje nowe prace. Jeżeli uda mi się ogarnąć rzeczywistość, to postaram się pojawić na Baltikonie (choć nie na mangowych panelach, nieee! raczej tylko na fantasy) oraz na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi. Postaram się. Przy okazji: na Festiwalu w Łodzi serdecznie polecam zaopatrzyć się w najnowszy numer zina "Mydło", gdzie wydrukują mój komiks o kosmosie. :) Pierwszy raz mnie drukują, jupijajej!