piątek, 13 lutego 2015

Stop

Nie wiem, czy do końca lutego/marca narysuję cokolwiek. Muszę przystopować. Nie podoba mi się większość moich ostatnich rysunków, nie jestem z siebie zadowolona, przez co samo rysowanie też nie sprawia mi tyle frajdy. Do zobaczenia za jakiś czas. :)

czwartek, 5 lutego 2015

Łycha!

Ostatnio oglądam "Bobobo-bo Bo-bobo", który klimatem bardzo przypomina mi "Kleszcza" ("The Tick"). "Kleszcz" oczywiście lepszy (oglądałam go w dzieciństwie na Fox Kids i znałam na pamięć każdy odcinek). Ale dawka absurdu w obu filmach jest wspaniała. W ogóle jestem wielką fanką Dona Patcha, szczególnie jego żeńskiej wersji i relacji z Ya-yą (kocham ich razem).


*

Jak już jestem w temacie filmów, ostatnio taki jeden akurat trafił w mój gust. Już pewnie pisałam, że na pierwszym miejscu najbardziej lubię ambitne i niekomercyjne kino (szczególnie francuskie), musicale, piękne animacje i klasykę (i wolę teatr oraz bibliotekę od kina - kto mnie zna, ten potwierdzi). Ale to nie przeszkadza mi w uwielbianiu również absurdalnych i kiczowatych filmów, szczególnie jeśli dotyczą sztuk walk i superbohaterów. Nie jestem w stanie oglądać "Avengersów" i tego wszystkiego, co aktualnie USA serwuje masowej publice, bo za dużo tam dla mnie efektów komputerowych i komerchy. Wolę to niedopracowane, złe kino, które nie każdy jest w stanie obejrzeć. I tutaj idealnie wpasował się "Kick-Ass" (pierwsza i druga część).

Równie pozytywnie zaskoczona byłam parę lat temu przy oglądaniu "Watchmen", gdzie superbohaterowie byli przedstawieni jako całkiem zwyczajni ludzie. W "Kick-Assie" superbohaterów i supermocy w ogóle nie ma. Zamiast tego jest totalnie przeciętny chłopak, który pewnego dnia postanawia ratować świat jak jego komiksowi idole. W tym celu zakłada naprawdę biedny i nieefektowny kostium i chodzi w nim po ulicy próbując po prostu coś zdziałać. Nie zyskuje żadnych supermocy ani nie ratuje świata. Zamiast tego wdaje się w zwykłą uliczną bijatykę, gdzie - jak to w prawdziwym świecie - zostaje po prostu porządnie skopany. I nawet jeśli ciąg przypadków wciąga go w około superbohaterską akcję, to i tak wszystko kończy się wizytą policji w jego domu (druga część), dlatego wszystko jest jak w normalnej, szarej rzeczywistości. Nie ma nawet tej jednej wyjątkowej miłości jak Mary Jane w Spidermanie (biorąc pod uwagę obie części), tylko jest właśnie tak, jak w codziennym życiu. Po seansie człowiek zaczyna wierzyć, że praktycznie każdy może przywdziać kostium i próbować zmieniać świat, bo to przecież takie ludzkie i normalne.

Z drugiej strony jednak nie jest to realistyczny film (wręcz przeciwnie). Ilość krwi i brutalnych, mocnych momentów, a także kiczowate kostiumy i gadżety sprowadzają ten film na wysoki poziom absurdu i nonsensu. Jest tu wręcz coś z cudownego kina klasy B. To jeden z takich filmów, gdzie wybacza się każdą głupotę i dziury fabularne. Tu znów porównanie z "Kleszczem" jak najbardziej na miejscu (tak samo przed oczami stają mi Bluntman i Chronic z filmów Kevina Smitha). Rozrywka w sam raz dla ludzi z moim wątpliwym poziomem inteligencji. :'D

*

A z serii "co u mnie"... Mam wrażenie, że studia grafiki pozbawiły mnie wyobraźni i umiejętności rysowania. :( Chciałabym narysować coś naprawdę twórczego, szczególnie że teraz mam tyle wolnego czasu, ale nie potrafię. Ogólnie czas spędzam teraz na lodowisku i na siłowni (bo od czasu przejścia ośmiuset kilometrów przez Hiszpanię nie byłam w stanie zabrać się za żaden sport. XD Więc wypadałoby coś ze sobą zrobić). W międzyczasie układam też plany na najbliższe wakacje - JEŚLI wszystko pójdzie zgodnie z planem, to razem z koleżanką zwiedzę kawałek Europy autostopem (ten słoneczny kawałek :D), tym samym spełniając jedno z moich marzeń (czy raczej po prostu odhaczając kolejny punk na liście "zrobić przed śmiercią"... dziwne, że na liście przybywa punktów zamiast ubywać argh). :)

niedziela, 1 lutego 2015

Posesja

Już jestem po sesji, straszny zapieprz i te rzeczy, oczywiście nie miałam czasu na życie rysowanie, więc wstawiam gryzmoły z notatek, tak żeby wstawić cokolwiek. (W sumie na tym blogu zawsze jest tylko cokolwiek niezależnie od okazji.)


Sesja na grafice komputerowej jest zabawna (w ogóle całe te studia są takie zabawne, no bo hej, wcześniej byłam na normalnym nudnym uniwersytecie, gdzie jedyną rozrywką było siedzenie w bibliotece). Łamałam sobie paznokcie, brudziłam sobie ciuchy farbą i klejem, przerabiałam pokój na studio fotograficzne, moim drugim domem stała się drukarnia. Nauczyłam się wielu rzeczy, np. jak ekspresowo malować martwe natury (te poniższe powstawały w mniej niż 30 minut, może nawet 15, nie wiem, ale biję moje osobiste rekordy).




Udawałam też, że umiem korzystać z programów, które nie są Photoshopem. Wrzucam dwie z moich prac z napisem "Kruk" na liternictwo oraz jeden z moich nieporadnych rysunków w Illustratorze na zajęcia z projektowania graficznego (ten jeden jak na przekór w ogóle nie sprawia wrażenia wektorowego, ale jest wektorowy, uwierzcie w to).




Teraz w ferie postaram się ożywić mojego bloga. Może uda mi się po tym wszystkim wrócić do normalnego rysowania. Żeby nie było, że nie wrzuciłam dzisiaj niczego fajnego, wrzucam zdjęcie kota. Internet lubi zdjęcia kotów. Tutaj akurat próbowałam sfotografować moje malunki, ale w ostatniej chwili kot usadowił się dokładnie pośrodku kadru i patrzył na mnie triumfalnym wzrokiem.