czwartek, 5 lutego 2015

Łycha!

Ostatnio oglądam "Bobobo-bo Bo-bobo", który klimatem bardzo przypomina mi "Kleszcza" ("The Tick"). "Kleszcz" oczywiście lepszy (oglądałam go w dzieciństwie na Fox Kids i znałam na pamięć każdy odcinek). Ale dawka absurdu w obu filmach jest wspaniała. W ogóle jestem wielką fanką Dona Patcha, szczególnie jego żeńskiej wersji i relacji z Ya-yą (kocham ich razem).


*

Jak już jestem w temacie filmów, ostatnio taki jeden akurat trafił w mój gust. Już pewnie pisałam, że na pierwszym miejscu najbardziej lubię ambitne i niekomercyjne kino (szczególnie francuskie), musicale, piękne animacje i klasykę (i wolę teatr oraz bibliotekę od kina - kto mnie zna, ten potwierdzi). Ale to nie przeszkadza mi w uwielbianiu również absurdalnych i kiczowatych filmów, szczególnie jeśli dotyczą sztuk walk i superbohaterów. Nie jestem w stanie oglądać "Avengersów" i tego wszystkiego, co aktualnie USA serwuje masowej publice, bo za dużo tam dla mnie efektów komputerowych i komerchy. Wolę to niedopracowane, złe kino, które nie każdy jest w stanie obejrzeć. I tutaj idealnie wpasował się "Kick-Ass" (pierwsza i druga część).

Równie pozytywnie zaskoczona byłam parę lat temu przy oglądaniu "Watchmen", gdzie superbohaterowie byli przedstawieni jako całkiem zwyczajni ludzie. W "Kick-Assie" superbohaterów i supermocy w ogóle nie ma. Zamiast tego jest totalnie przeciętny chłopak, który pewnego dnia postanawia ratować świat jak jego komiksowi idole. W tym celu zakłada naprawdę biedny i nieefektowny kostium i chodzi w nim po ulicy próbując po prostu coś zdziałać. Nie zyskuje żadnych supermocy ani nie ratuje świata. Zamiast tego wdaje się w zwykłą uliczną bijatykę, gdzie - jak to w prawdziwym świecie - zostaje po prostu porządnie skopany. I nawet jeśli ciąg przypadków wciąga go w około superbohaterską akcję, to i tak wszystko kończy się wizytą policji w jego domu (druga część), dlatego wszystko jest jak w normalnej, szarej rzeczywistości. Nie ma nawet tej jednej wyjątkowej miłości jak Mary Jane w Spidermanie (biorąc pod uwagę obie części), tylko jest właśnie tak, jak w codziennym życiu. Po seansie człowiek zaczyna wierzyć, że praktycznie każdy może przywdziać kostium i próbować zmieniać świat, bo to przecież takie ludzkie i normalne.

Z drugiej strony jednak nie jest to realistyczny film (wręcz przeciwnie). Ilość krwi i brutalnych, mocnych momentów, a także kiczowate kostiumy i gadżety sprowadzają ten film na wysoki poziom absurdu i nonsensu. Jest tu wręcz coś z cudownego kina klasy B. To jeden z takich filmów, gdzie wybacza się każdą głupotę i dziury fabularne. Tu znów porównanie z "Kleszczem" jak najbardziej na miejscu (tak samo przed oczami stają mi Bluntman i Chronic z filmów Kevina Smitha). Rozrywka w sam raz dla ludzi z moim wątpliwym poziomem inteligencji. :'D

*

A z serii "co u mnie"... Mam wrażenie, że studia grafiki pozbawiły mnie wyobraźni i umiejętności rysowania. :( Chciałabym narysować coś naprawdę twórczego, szczególnie że teraz mam tyle wolnego czasu, ale nie potrafię. Ogólnie czas spędzam teraz na lodowisku i na siłowni (bo od czasu przejścia ośmiuset kilometrów przez Hiszpanię nie byłam w stanie zabrać się za żaden sport. XD Więc wypadałoby coś ze sobą zrobić). W międzyczasie układam też plany na najbliższe wakacje - JEŚLI wszystko pójdzie zgodnie z planem, to razem z koleżanką zwiedzę kawałek Europy autostopem (ten słoneczny kawałek :D), tym samym spełniając jedno z moich marzeń (czy raczej po prostu odhaczając kolejny punk na liście "zrobić przed śmiercią"... dziwne, że na liście przybywa punktów zamiast ubywać argh). :)

1 komentarz:

  1. Wczoraj obejrzałem taki jeden film, który trochę wpasowuje się w ten styl - "Niech żyje reżyser!", w reżyserii Takeshi Kitano, który słynął z brutalnych filmów gangsterskich. Ale zaczął przeżywać kryzys twórczy i zrobił o tym film, gdzie próbuje robić inne gatunki, ale nic mu nie może wyjść dobrze. Ostatecznie coś tworzy, ale wychodzi z tego japońska absurdalność podniesiona do kwadratu, więc ostrzegam jakby co ;P.

    OdpowiedzUsuń