wtorek, 29 września 2015

Promarkerowy świat

Chwalę się, mój młodszy brat zrobił animację używając jedynie myszki i Painta, zajęło mu to w sumie 6 godzin (tak, te niebiesko-żółte pioruny też robił myszką) - [LINK]. *duma duma duma*

U mnie w międzyczasie nastał koniec wakacji, już tęsknię za podróżowaniem i już marzy mi się kolejny trekking (może tym razem niesamotny, tak więc jak ktoś - najlepiej płci męskiej - ma ochotę na trekking po Włoszech, Szkocji, Norwegii, Gruzji lub w innym ciekawym miejscu, to proszę wysyłać do mnie swoje CV z fajnym zdjęciem i list motywacyjny XDD).

Stresuję się trochę wizją nowych projektów do robienia na uczelnię (nie ogarniam storyboardów), ale jakośtobędzie. A to moje promarkerowe notatki z wykładów gryzmoły na marginesie, bo promarkery to moja nowa miłość:



czwartek, 24 września 2015

Gdynia

Dzisiaj rysowałam w Gdyni - już dawno obiecałam sobie narysować któryś ze statków. Pierwszy raz zmierzyłam się z tym tematem i okazał się serio trudny...


Znowu (jak w Malborku) podchodzili ludzie i zaglądali mi przez ramię. Przysiadł się do mnie jakiś rowerzysta i po krótkiej wymianie zdań bardzo chciał dać mi swój numer lub wziąć mój XDD. Przysiadał się też od czasu do czasu jeden z członków załogi Błyskawicy, żeby sprawdzać, jak mi idzie. Zagadywał też do mnie "Czerwony Krasnal z Gdyni" (jest ktoś taki, szukajcie na YouTubie XD) i pytał między innymi, jak uważam, dlaczego dzieci się go boją...?




*

Zmieniając temat. Odkryłam potterową grupę RPG - hogwart-express.deviantart.com - i chociaż od roku nie korzystam z Deviantarta, to dla tej grupy robię mały wyjątek. Nie wiem, jak długo będę w to grała, ale nie mogłam się powstrzymać przed zrobieniem własnej hogwartowej postaci. Tak więc stworzyłam sobie małą wredną ślizgonkę o szczurzym charakterze i wyglądzie. I jej pupila, oczywiście szczura. (Przy okazji próbowałam sobie przypomnieć, jak się koloruje w Photoshopie. Wolę jednak akwarele i promarkery.)


Jest też Ceremonia Przypału (z Tiarą, która uruchamia się automatycznie zaraz po dotknięciu czyjejś głowy).


Próbując przypomnieć sobie coś tam o Hogwarcie (bo niby czytałam każdą książkę parę razy, ale kiedy to było, wieki temu, nic już nie pamiętam), natknęłam się w internetach na parę zabawnych rzeczy. Podoba mi się pomysł z Tiarą przydzielającą na kierunki studiów [link] XD. Natknęłam się też na informację o znakomitej polskiej drużynie quidditcha, która niestety przegrała z Japończykami w 2014. Dobrze być na bieżąco z wiadomościami ze świata sportu, nie?

środa, 23 września 2015

Dziś trochę bardziej serio

Szybki rys zrobiony pod wpływem tego artykułu [link] (a także całej relacji spisywanej na fanpage'u Łukasza Supergana) oraz pod wpływem tej akcji [link] przeprowadzanej przez "Family without borders". Po prostu porusza mnie działanie zwykłych wolontariuszy w tym całym budzącym panikę chaosie.

wtorek, 15 września 2015

Kupiłam kilka promarkerów...

...i próbuję je jakoś ogarnąć. Rysując cokolwiek.
Poniżej fanart do gry "To the moon" (fanartowałam ją już wcześniej - [link]).




Fanart do komiksu internetowego "Kij w dupie". Moja ulubiona bohaterka Paula. Kocham jej podejście do życia, totalnie jest moją idolką. :D


No i na końcu moja (podejrzanie obsesyjnie często rysowana) Cukier.

niedziela, 13 września 2015

Malbork

Zaraz po powrocie z Hiszpanii spędziłam kilka dni w Malborku, posiedziałam pod zamkiem i coś tam rysowałam.



Podszedł do mnie jakiś dziadek: "Ślicznie rysujesz, masz tu cukierka". Podszedł właściciel pobliskiego sklepu plastycznego i zaczął pokazywać mi własne obrazy. Podeszło dwóch robotników pracujących na zamku i z entuzjazmem przyglądali się mojej pracy. Chłopak w stroju krzyżaka podchodził kilka razy sprawdzać, jak mi idą postępy. Podchodził też pilot wycieczek i wypytywał, co tam teraz robię, czy rysuję, czy zwiedzam. Przysiadła się grupa turystów i zaczęła zagadywać ("a moja wnusia też rysuje!"). I tak dalej, i tak dalej. Rysowanie wśród tylu ludzi to ciekawe doświadczenie. ;)

sobota, 12 września 2015

Podróżności

Wróciłam! Tym razem przeszłam na piechotę z Porto (Portugalia) do Muxii (Galicja). (Tak, wiem, miałam jechać stopem do Grecji, ale nie wypaliło i na ostatnią chwilę wymyśliłam coś innego. XD)



Chciałam przejść trasą tylko i wyłącznie wzdłuż oceanu (kocham ocean!) szlakiem, który bodajże nazywa się Senda Orla Litoral. Na miejscu okazało się jednak, że nie ma żadnych oznaczeń i żadnych, ale to absolutnie żadnych innych piechurów i ludzi w ogóle. Tak więc musiałam sama wymyślać sobie trasę i raz szłam po piaszczystych plażach, innym razem po kamieniach, jeszcze innym razem wspinałam się po skałach, ale doszłam. Samotność początkowo działała na mnie depresyjnie, ostatecznie jednak takie wędrowanie okazało się totalnie magicznym i niezapomnianym przeżyciem. Zanim pojechałam do Porto, pomieszkałam sobie trochę w Lizbonie i przechadzałam się jej uliczkami bez konkretnego celu (nie umiem normalnie zwiedzać i np. łazić po muzeach), jestem zauroczona tym miastem, jest czasem pełne absurdów, ale szalenie kolorowe! Portugalczycy to otwarci, ciepli ludzie, bardziej spokojni od Hiszpanów. Pogodę tam mają cudowną, nic tylko słońce, ciepełko, kocham takie klimaty. W Hiszpanii cały czas lało (cały czas! wróciłam całkiem chora XD), było zimno i paskudnie, a jednak to Hiszpania jest u mnie numerem jeden. Hiszpania (konkretnie Galicja) to niesamowita zieleń, bujna, dzika przyroda! Na szlaku panuje tylko i wyłącznie natura (i co z tego, że w Fisterze zatrzymałam się na parę dni, żeby oglądać zachody słońca? Natura miała ochotę akurat na kilkudniową gęstą mgłę i nic nie zobaczyłam XD). Pewnego dnia, gdy parę godzin szłam zupełnie sama wśród skał, gdzie nie było żadnej ścieżki, natknęłam się niespodziewanie na stado około dwudziestu dzikich kóz, zadziwionych moją obecnością bardziej, niż ja ich, a dookoła widoki z celtyckich klimatów, przy których blaknie nawet śpiew Loreeny McKennitt. Innego dnia, gdy w szarej mgle nieruchomo siedziałam na skałach i patrzyłam sobie w ocean, otoczyły mnie maleńkie ptaszki i jakoś bez strachu skakały jak piłeczki i fruwały dookoła mnie szukając czegoś do jedzenia. Mimo, że w tym roku wędrówka okazała się znacznie cięższa niż rok temu (psychicznie i fizycznie - zero ludzi i masakryczna pogoda plus prześladujący mnie pech XD), to była to naprawdę przepiękna przygoda.



*

Coś tam nabazgrałam w międzyczasie, na ile mi warunki pozwalały. Tutaj jeszcze w samolocie - przerysowałam te rysunki z instrukcji obsługi i dodałam własne podpisy, ale dostrzegam, że mam bardzo słabe poczucie humoru.



Jeszcze trochę rysów z samolotu, czyli widok z okna oraz śmieszne koty.





A to widok z mojego okna w Lizbonie. Jestem zauroczona tym miastem, tam się ciągle coś dzieje, wszędzie są poupychane domy, wszystko jest blisko siebie, ściana przy ścianie, pomiędzy pranie, papugi w klatkach, miliard kolorów, muzyka, ludzie na ulicach, co za klimat!



Czasami odpoczywałam sobie na plaży, czas na piknik i opalanko. W Portugalii było mnóstwo surferów! Mega im zazdroszczę, też bym chciała tak umieć, nie ma nic lepszego niż wielkie fale na oceanie w super słoneczny dzień!



Kościół. Te w Portugalii są przepiękne w środku, niewielkie, ale przepełnione bogactwem obrazów, rzeźb (w normalnych ubraniach i z włosami), płaskorzeźb, złota i wszystkiego. Ludzie w czasie znaku pokoju całują się nawzajem w dwa policzki, musiałam się naprawdę przełamać, żeby pozwolić na taki gest komuś obcemu. Ale lubię chodzić na msze za granicą właśnie dlatego, żeby obserwować różnice w kulturze i w zachowaniu. Portugalscy księża są niezwykle emocjonalni, żywi, energiczni. Hiszpanie są bardziej powściągliwi (a przynajmniej w kościele, bo na ulicach potrafią się nieźle wykłócać i czasami jak mówią, to po prostu krzyczą, ale ma to swój urok).



A Guarda. Miejsce, na które trafiłam przypadkiem i które okazało się Rajem na Ziemi. To zbyt osobiste, żeby opisywać mój dzień spędzony tam, ale powiem tylko, że chciałabym tam wrócić. Bardzo. Może nawet na bardzo długo. (I żałuję jeszcze, że nie miałam przy sobie akwareli - to było przepięknie kolorowe miejsce, aż chciało się je namalować!)



Moją pasją oprócz trekkingu jest też huśtanie się na wszystkich huśtawkach, jakie znajdę po drodze, szczególnie na tych z widokiem na ocean. Ten rysunek powstał w czasie pierwszego ulewnego dnia (choć na moment się przejaśniło i wyszło słońce). Potem już tylko lało...



I jeszcze klasztor franciszkański w Herbon, gdzie mogłam przenocować, ale powiedzieli mi, że otworzą dopiero za cztery godziny i przez ten czas mam czekać pod bramą... Typowa gościnność hiszpańskich księży.



Więcej rysunków nie popełniłam. Ale zaraz po powrocie do Polski zawitałam na parę dni do Malborka, gdzie też rysowałam i o tym napiszę już w kolejnym poście na blogu. Dzięki, jeżeli komuś się to wszystko chciało czytać! Mam tyle zdjęć i tyle historii, że gdybym tylko miała więcej czasu, założyłabym drugiego bloga, takiego pseudopodróżniczego czy coś w ten deseń. A teraz spadam, nie pozostaje mi nic innego jak odespać to wszystko. A co do podróżowania - polecam, jest naprawdę okej! A życie jest super!