wtorek, 6 października 2015

Le Petit Prince

Obejrzałam sobie Małego Księcia (film z tego roku). Gdy parę miesięcy temu pierwszy raz natknęłam się na plakaty, odrzucała mnie ta straszna współczesna animacja. Poza tym przerażał mnie fakt, że ktoś w ogóle zabiera się za ekranizację takiej książki. Bałam się kolejnej filmowej papki dla dzieci, gdzie dzieje się dużo, szybko i śmiesznie, a tak naprawdę nie dzieje się nic. Po ostatniej Alicji w Krainie Czarów Burtona bałam się, że dostaniemy Małego Księcia, który jest wybrańcem z przepowiedni, musi ocalić świat czy coś tam. Okazało się jednak, że moje obawy się nie sprawdziły.

(Poniżej mój photoshopowy fanart z bezimienną dziewczynką - główną bohaterką.)


(SPOKOJNIE, NIE PISZĘ SPOILERÓW.) Mały Książę całkowicie mnie zachwycił. Zresztą, mogłam się tego wcześniej spodziewać, przecież jest produkcji francuskiej. Kocham filmy produkcji francuskiej, jak Dziewczyna z lilią, Jak we śnie, Le Tableau. Zawsze można liczyć na filmy będące nie tylko filmami, ale i sztuką. W Małym Księciu są dwa rodzaje animacji (gdyż równolegle są opowiadane dwie historie) - jedna niestety typowo współczesna, ale druga to przepiękna animacja poklatkowa bazująca na rysunkach Antoine'a de Saint-Exupéry'ego (i te fragmenty za kolorystykę, grę światłem i wszystko inne dostają ode mnie milion punktów). Opowiedziana w filmie historia to przeplatanie rzeczywistości z fikcją - na początku są to dwa osobne światy, aż nagle nie można już mieć pewności, które elementy są prawdziwe, a które zmyślone. Baśń może być zarówno tylko baśnią, a zarówno może być zupełną prawdą i nie wiadomo, która z tych dwóch interpretacji byłaby tą lepszą (tu skojarzenie z Życiem Pi Yanna Martela, gdzie panowała podobna atmosfera niewiadomej). Kocham ten film w stu procentach, łącznie z końcową, odważną decyzją twórców, którzy nagle stwierdzili, że zaszaleją i pójdą na całość (w pierwszej chwili sama nie wiedziałam, dokąd to nagle zaczęło zmierzać... ale teraz czuję, że to było genialne dopełnienie całości). Nawiązanie do Małego Księcia Antoine'a de Saint-Exupéry'ego (nawiązanie, bo nie była to typowa ekranizacja, a raczej interpretacja), było bardzo ryzykownym przedsięwzięciem i jestem w pozytywnym szoku, że można było tego nie zepsuć, a wręcz więcej, zrobić naprawdę genialny film i utrzymać go całkowicie w książkowych klimatach. Nie ma tu sypania przypadkowymi cytatami jak w Alicji Burtona; zamiast tego dostajemy film, dzięki któremu książka naprawdę ożywa. Tak więc mogę śmiało polecić go wszystkim dorosłym (nie wiem, czy dzieciom. Tak, jak w książkowym pierwowzorze, tak i tutaj pod pozorem historyjki dla dzieci dostajemy coś więcej. Bo w końcu książka Mały Książę była dedykowana osobie dorosłej, prawda?).

Poniżej martwa natura akwarelami. Byłam tego dnia wściekła. W pewnym momencie żmudnego wyliczania proporcji zaczęłam po prostu wszystko specjalnie wykrzywiać, tak więc mamy falującą gitarę, łyżkę i szczotkę wśród bardzo krzywych wazonów i sitka w spirale. Bo tak. Bo mogę.


Swoją drogą, co tak zachwyca ludzi w W głowie się nie mieści? Też to niedawno oglądałam, ale... zawiodłam się. Zacznijmy od tego, że kiedy w gimnazjum chciałam zostać pisarką (hehehe XD) i czytałam poradniki, jak zacząć tworzyć własne historie, dowiedziałam się, że najłatwiejszym sposobem jest wpakowanie bohatera w taką sytuację, by musiał z niej wyjść, by musiał coś osiągnąć, przejść przez coś itp. To taki najprostszy schemat, gdy Mario musi przejść kolejne poziomy, by odnaleźć księżniczkę, a Ash musi przejść ileś tam miast, żeby złapać wszystkie Pokemony. Zabieg twórców W głowie się nie mieści to już brak szacunku do widzów. Wrzucanie bohaterów w jakąś sytuację, by musieli z niej wyjść, przejść kolejne etapy, to pójście na totalną łatwiznę. Już dawno nie widziałam czegoś tak schematycznego i przewidywalnego. Od pierwszych minut filmu wiadomo, że na końcu ta okropnie brzydka (kto odpowiadał za grafikę? nie mogę na to patrzeć) główna bohaterka, Radość, zaprzyjaźni się ze Smutkiem, bo dowie się, że Smutek jest niezbędny człowiekowi tak samo, jak inne emocje. Potem, gdy obie zostały wrzucone w jakąś kryzysową sytuację, z której musiały wyjść, znudzona wyliczałam już tylko kolejne schematy (jak do bólu już miliard razy wałkowana filmowa scena poświęcenia - w tym przypadku w wykonaniu Zmyślonego Przyjaciela). Ciekawiła mnie tylko historia opowiadana w tle - tu już akurat przyjemna wizualnie historia dziewczynki, która po przeprowadzce zaczyna nowe życie i musi sobie radzić z nowymi problemami. Aż szkoda, że cały film nie był tylko o niej. Sam pomysł z emocjami był naprawdę dobry i nadawał się w sam raz na jakąś krótkometrażówkę lub nawet kilka - świetnie sprawdzały się poszczególne żarty (mój ulubiony to "jak działa kot", już w napisach końcowych). Jeżeli szukacie dobrego filmu o rodzinie, relacjach międzyludzkich, emocjach, to pokażcie dzieciom Song of the sea (strona wizualna milion punktów), sami obejrzyjcie sobie genialny musical Once (też obejrzałam niedawno i kocham całym sercem), a W głowie się nie mieści możecie sobie odpuścić.

PS. Jestem chora i jest mi z tym źle. Bowiem akurat teraz był Międzynarodowy Festiwal Komiksu, na który nie mogłam jechać, a w tę sobotę jest projekt Komiks 24 i boję się, że też mnie na nim nie będzie. Trzymajcie kciuki, żebym zdrowiała. :'(

3 komentarze:

  1. Zabawne, że reżyserem Małego księcia był Amerykanin, który wcześniej zrobił lubianą Kung Fu Pandę. Mam teorię, że w USA uznano plan takiej adaptacji książki za zbyt ryzykowny, dlatego poszedł z tym do Francuzów, przez co komputerowa animacja jest o klasę gorsza od studiów z USA... ale jednocześnie jej czystość i sterylność świetnie kontrastuje z poklatkową animacją (jedynie szkoda, że nie było jej więcej). A jak o tym mowa, to W głowie się nie mieści podobało mi się bardziej. Ale może po prostu jestem bardziej odporny na wymieniane przez Ciebie schematy ;P.

    A zdrowiej, bo nie pamiętam czy był kiedyś rok, w którym podczas wypadu do Łodzi wszyscy czuli się dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może coś ze mną nie tak, bo tylko do mnie nie trafia "W głowie się nie mieści", wszystkim innym się podoba. :P
      A Francuzi są genialni jeśli chodzi o niebanalną animację, jak właśnie poklatkowa (polecam chociażby ręcznie malowane akwarelami plansze w "Ernest et Célestine", cudo). Szkoda, że nie zrobili całego filmu sami, wtedy wyszłoby jeszcze lepiej, Bruno Coulais mógł się zabrać za ścieżkę dźwiękową, byłoby genialnie.

      Usuń
    2. Mnie jedynie gryzie, że pobieżnie pokazano podróże Księcia po innych planetach. Póki co w ramach ciekawostki możesz zobaczyć wczesny film reżysera, w założeniach bardzo podobny: https://www.youtube.com/watch?v=cCeeTfsm8bk

      Usuń