niedziela, 31 lipca 2016

Gravity falls - podsumowanie

Heeej, kilka osób pytało mnie o wrażenia po obejrzeniu "Gravity falls" do końca. Całość jest już za mną, więc proszę. (Nie będzie spoilerów, śmiało można czytać!)

Uderza mnie to, jak niesamowicie ukazana jest więź między dwójką głównych bohaterów, ostatnio chyba zapomniałam o tym wspomnieć. A po obejrzeniu całości zdałam sobie sprawę, że ten film opiera się głównie na tym. Kto ma rodzeństwo ten wie, jaka siła tkwi w takiej więzi (dla przykładu ja i mój brat często myślimy o tym samym w tym samym momencie, totalnie czytamy sobie w myślach). Film sporo by stracił, gdyby głównym bohaterem był jedynak. Przez te wszystkie odcinki można było obserwować relację opartą na poświęceniu i akceptacji. Przygoda Dippera i Mabel w pewnym momencie się skończyła, ale pozostała im ta druga osoba, z którą zawsze będzie się można dzielić wspomnieniami.

"Gravity falls" nie boi się dojrzałych przemyśleń. Jeżeli chodzi o końcowe odcinki, to największe wrażenie zrobił na mnie ten poświęcony wyobraźni ("Escape from Reality"). Odcinek ten, jak i przecież cały serial, wypełniony był magią i surrealizmem, słowem: był całkowitym oderwaniem od rzeczywistości. Tym większym zaskoczeniem było więc przesłanie odcinka. Bez wdawania się w szczegóły: chodziło o wyższość rzeczywistości nad wyobraźnią, o zmierzenie się z dorastaniem. Który inny film animowany mówi wprost: patrzcie, jaka fajna jest fantazja, ale rzeczywistość mimo mnóstwa swoich wad jest jednak lepsza, bo jest prawdziwa?

Fabuła to tylko wierzchnia warstwa. Warto zagłębić się bardziej w "Gravity falls", a pozostanie w pamięci na dłużej. (I w sercu, no nie?) ;)

*

Wracając do tematu komiksu na konkurs Janusza Christy...



Tak wyglądają te same kadry, które wrzucałam ostatnio, ale już zeskanowane na profeszynal skanerze. Kolory wyszły prawie tak samo, ale nareszcie kontrast nie jest taki duży i przejścia są łagodne. I miałam naprawdę o wiele mniej pracy przy poprawianiu tego w Photoshopie, więc się opłaciło.



Cały komiks jest już wydrukowany i gotowy do wysłania na konkurs, więc trzymajcie ludzie kciuki za mnie i za scenarzystę Kubę Ryszkiewicza. :) To mój pierwszy udział w takim konkursie, więc szans wielkich nie mam, ale myślę, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty i satysfakcja jest mega. :)



W ogóle po zrobieniu tego komiksu mam tylko ochotę na więcej i więcej. Wiem już trochę, jak wygląda praca nad scenariuszem i storyboardem. Mam sporo własnych scenariuszy, z czego jeden jest taki najulubieńszy (historia nazywa się "W dal", pisałam już o niej parę razy na blogu) i byłoby super, gdyby udało się go zrealizować. Wszystko zależy od tego, czy udałoby mi się go ograniczyć do sensownej ilości stron, bo materiał jest zbyt obszerny i mogę nie dać rady nad nim zapanować. Coś będę musiała z niego po prostu uciąć tu i tam. Zobaczymy. Byłaby to dla mnie możliwość na stworzenie czegoś już zupełnie mojego i całkowicie w moich klimatach. Od wczoraj szkicuję rośliny i zwierzęta, które mogłyby się tam pojawić. Wszystko byłoby takie totalnie moje, domy, tła... Takie pozbawione zasad i absurdalne. Chciałabym po prostu zrobić coś w klimatach mojego komiksu z 2011 (to były tylko 4 strony, ale nadal je kocham, to było tak bardzo moje i w moim stylu, muszę do tego wrócić). Jeżeli mi się uda zapanować nad tym scenariuszem, to może na licencjat zrobię właśnie ten komiks? Chociaż przez ostatnie dwa lata planowałam zrobić ilustrowaną książkę na bardziej poważny temat... Więc nie wiem jeszcze, na co się zdecyduję. Ale muszę przyznać, że rysowanie komiksów mnie wciągnęło. :) Da się? Da się!

środa, 27 lipca 2016

Gravity falls

Wybaczcie, jeżeli napiszę to wszystko bez ładu i składu. Od tygodnia mam gorączkę i jakieś zapalenie krtani czy coś (ale dzięki temu mój głos brzmi zabawniej niż głos Dippera).



Odkąd podzieliłam się opinią na temat "Over the Garden Wall", masa osób zachęcała mnie do obejrzenia "Gravity falls". Jestem dopiero w trakcie drugiego sezonu, ale czemu by już teraz nie zrobić wpisu na ten temat?

"Over the Garden Wall" jest niepowtarzalny i naprawdę ciężko go będzie przebić! Ale "Gravity falls" też ma swoje plusy i mogę śmiało polecić go tym, którzy jeszcze nie widzieli (choć patrząc na jego popularność, zakładam, że większość z Was już od dawna siedzi w fandomie). Choć jest w klimatach horroru, to nie strach jest tym, co czyni ten serial wyjątkowym. Myślę, że to, co wyróżnia go na tle innych produkcji, to warstwa psychologiczna bohaterów, a przede wszystkim świetnie zbudowane relacje między nimi. "Gravity falls" nie boi się poruszania bardzo życiowych tematów i pokazywania, jaki świat jest naprawdę. Mimo że odcinki są oderwane od rzeczywistości i po brzegi wypełnione magią, to mówią przede wszystkim o ludziach, ich prawdziwych problemach i życiu. Dostajemy tu trochę niby stereotypowych, typowych dla kreskówek postaci, a jednak film zaskakuje całkowicie niestereotypowym podejściem do nich. Bo przecież w prawdziwym życiu nie ma ludzi-stereotypów. W prawdziwym życiu nie ma chociażby "postaci komediowych", których rola w filmach niestety zawsze ogranicza się do robienia śmiesznych rzeczy. Dlatego tak ciekawym bohaterem jest Soos, idealny materiał na taką bezosobową postać komediową. Totalnym zaskoczeniem były więc dla mnie poświęcone mu odcinki pozwalające zobaczyć nam jego zwyczajną, ludzką stronę. Szczególnie chodzi mi o odcinek poświęcony jego wspomnieniom o ojcu - wybór, którego Soos dokonał na końcu odcinka, był dla mnie pozytywnym szokiem. (Nie chcę spoilerować, dlatego koniecznie sami zobaczcie sobie odcinek "Blendin's Game".) To, co cenię w tym serialu najbardziej, to te nieprzewidywalne momenty, kiedy poruszane są te kwestie, których totalnie się nie spodziewałam; kiedy bohaterowie stawiani są w nietypowych jak na serial animowany sytuacjach. Tak ciekawie ogląda się relacje między nimi, podejmowane przez nich wybory, momenty, w których dowiadują się czegoś na swój własny temat, zmieniają się, dostają lekcje od życia. (Przy okazji widzowie też dowiadują się czegoś o sobie, mogą odkryć swoją ciemną i jasną stronę, nie jest tak?) Przed obejrzeniem zastanawiałam się, co sprawia, że ten serial cieszy się taką popularnością. Teraz zakładam, że to właśnie dzięki temu, że opowiada nie tyle o potworach i magii, co o żyjących wśród nich ludziach.

sobota, 23 lipca 2016

Słów parę o komiksie i o Fecie

Skończyłam malować komiks na konkurs. Już dzisiaj chciałam wszystko zeskanować, obrobić i wysyłać do druku, ale... no właśnie. Skanowanie. Argh.



Mój skaner jest jakiś masakryczny. Skanuje tylko te intensywne kolory, a te łagodniejsze po prostu znikają. Dlatego zamiast łagodnych przejść tworzą się takie na wpół wyżarte obrazki. Co najgorzej wypada, gdy maluję coś na kształt dymu czy mgły. W dodatku wszystkie kolory są totalnie przekłamane. Czy to ciepły, czy zimny żółty, po zeskanowaniu każdy wygląda tak samo. Najgorzej to wychodzi przy niebieskich - akurat w tym komiksie ważne było, żeby były urozmaicone, a tutaj wszystkie są takie same.



Zawsze jakoś przymykałam na to oko, ale tym razem pójdę skanować do drukarni i jestem ciekawa, jaka będzie różnica. Jeżeli skan będzie zbliżony do oryginału, to chyba zacznę częściej tam skanować.

Ale co tam, ważne, że już wszystkie strony komiksu zrobione! Z tej okazji namalowałam wiwatującą siebie w stylu głównej bohaterki z komiksu (mój kot jest bardzo niekolorowy i jakoś słabo pasuje, ale co ja na to poradzę heh).



*

Ktoś z Was był na Festiwalu Teatrów Ulicznych FETA w tym roku? Mnie tym razem najbardziej przypadł do gustu "L'Enterrement Maman". Spektakl, który polegał na tym, że wszyscy widzowie uczestniczyli w pogrzebie matki. Nie widziałam jeszcze tak angażującego publikę przedstawienia. W dodatku sceną była cała okolica: pobliski kościół, Biedronka, teren budowy czy ruiny zamieszkane przez bezdomnych. Świetne przeżycie. Od strony czysto wizualnej moim zdaniem wygrywa "Carilló". Na scenie stał wielki zegar, z którego wychodziły nakręcane barwne figurki, tyle że grane przez żywych aktorów. W pamięci utkwiły mi też słowa z przedstawienia "Now": w teatrze widzimy nie to, co widzimy, tylko to, co chcemy zobaczyć. :)

środa, 13 lipca 2016

Abstrakcje i komiksiki



Byłam przez parę dni na wsi, gdzie pomagałam ścinać kilkunastometrowe drzewa. A wieczorami malowałam sobie takie abstrakcje właśnie.



Głównie jednak siedzę nad komiksem na konkurs. Już mam całość narysowaną cienkopisem (robione z prędkością dwie strony na dzień, zamieniłam się w maszynę do rysowania). Teraz jeszcze całość muszę pociągnąć akwarelą. Dwie przykładowe stronki poniżej:



Niedawno usłyszałam gdzieś, że "czemu festiwale w Polsce organizowane są wtedy, kiedy są największe ulewy i burze? Bo pozostała część roku to zima". ;) Od piątku do niedzieli będę siedzieć na moim najulubieńszym Festiwalu Teatrów Ulicznych FETA w Gdańsku, może kogoś z Was tam spotkam? Do zobaczenia.