sobota, 22 października 2016

Biblioteka dusz - komiks

I znów tradycyjnie uczestniczyłam w Projekcie 24h, gdzie w czasie 24 godzin trzeba narysować 24 strony komiksu na zadany temat. Tegoroczny temat to "Biblioteka". Szczerze przyznam, że w tym roku miałam sporą trudność - przez naprawdę długi czas miałam totalną pustkę w głowie i zupełnie nie wiedziałam, co mam w ogóle pisać w scenariuszu. Pomysł przyszedł ze sporym opóźnieniem, ale ważne, że przyszedł. Przypomniał mi się jednostronicowy komiksik, który stworzyłam parę lat temu - [link] - i postanowiłam go po prostu rozbudować (bardzo bardzo rozbudować), umieszczając część fabuły w starej, mrocznej bibliotece. Tak więc Freddie powraca w nowej, dłuższej historii.

Zachęcam też do zobaczenia moich poprzednich komiksów z Projektów 24 h:
- 2014 [link] - bardzo luźny komiks o absurdach edukacji;
- 2015 [link] - oparta na własnych doświadczeniach historia o tym, jak zmierzyć się ze stratą.

Tyle słowem wstępu. Jestem naprawdę ciekawa, co myślicie o moim tegorocznym komiksie, czekam na komentarze (na Facebooku albo tutaj), krytykę, hejt, więcej krytyki, cokolwiek (a przynajmniej dajcie znać, czy ktoś to w ogóle przeczytał XD). Rysowanie komiksów naprawdę mnie wkręca ostatnio. :)

poniedziałek, 10 października 2016

Rysunki z podróży

Poczyniłam mnóstwo rysunków w czasie mojej autostopowej podróży, po prostu masówa, niestety jakościowo większość jest średnia czy nawet fatalna, więc wrzucę tylko garść.



Wielu podróżników, których znam, medytuje. W podróży tyle się dzieje, że trzeba czasem przystanąć choć na moment, żeby w tym wszystkim nie zgubić samego siebie. Moją medytacją jest malowanie (oraz pisanie w pamiętniku, którego całe szczęście nigdzie nie udostępnię). Przelewanie wszystkiego, co myślę i czuję, na papier. To powyżej to próba odnalezienia siebie samej w całym chaosie i w mnóstwie zdarzeń, które następowały po sobie niespodziewanie już na samym początku podróży - w Niemczech. To poniżej to próba poukładania problemów, które nawarstwiły mi się pewnego dnia w Belgii.



Pod spodem: mam ogromną potrzebę bycia w ciągłej drodze i w ciągłym ruchu, a pewnego razu sytuacja zmusiła mnie do zatrzymania się i cierpliwego czekania. W podróży nie umiem się poddawać, rezygnować, cały czas działam na adrenalinie, w innym wypadku czuję się jak uwięziona i czasem nie daję sobie z tym rady. Podróżowanie uczy, czasem w bolesny sposób, ale uczy, chociażby tej cierpliwości i rezygnacji.



Poniżej: park w Paryżu, pierwsza w nocy, malowałam to przy słabym świetle latarki. Warunki do malowania fatalne, ale właśnie w fatalnych warunkach mam wzmożoną chęć działania. (Coraz bardziej tęsknię za Paryżem, że tak się sama sobie wtrącę. Czy to jakaś magia, że nie wyobrażam sobie funkcjonowania w życiu bez regularnego odwiedzania Paryża raz na jakiś czas? Mam wrażenie, że to miasto stało się moim kolejnym domem, kolejnym miejscem, do którego muszę wracać.)



Włóczykij nabazgrolony w tirze, który był moim domem na kółkach przez całe cztery dni (w drodze powrotnej, trasa Hiszpania-Niemcy). Jest też lis, bo lubię lisy.



A to... część malunków, które tworzyłam masowo, żeby rozwieszać w różnych miejscach i zachęcać ludzi do kupienia czegoś ode mnie. Brałam do dziesięciu euro za portret. Jeżeli ktoś z Was, czytających mojego bloga, chciałby zostać namalowany w takim bajkowym stylu, mam zamiar ruszyć ze sprzedażą (tak z czystej ciekawości, zobaczyć, czy to by w ogóle poszło). Czterdzieści złotych (wysyłka gratis), format A5, papier akwarelowy, akwarele. Prędzej czy później zamieszczę oficjalne info na fanpage'u, póki co piszę to tutaj tak mniej oficjalnie, ale może a nuż ktoś się zgłosi.



A tu poniżej zdjęcia dwóch portretów, które wykonałam dla turystek w Belgii (bardzo uśmiechniętych i wesołych dziewczyn). W pewnym belgijskim mieście miałyśmy takie nagromadzenie turystów, że niestety nie nadążałam z fotografowaniem tego, co namalowałam. Tak szczerze to ledwo nadążałam z samym malowaniem i po całym dniu z Misią uświadomiłyśmy sobie, że z braku czasu nawet nic nie zjadłyśmy i nie wypiłyśmy. XD



Malowałam też portrety dla ludzi, u których nocowałyśmy, tak w ramach skromnych podziękowań. Tutaj akurat dwie dziewczyny z granicy francusko-hiszpańskiej, które poznałam już na Camino del Norte dwa lata temu i teraz zaprosiły mnie do siebie. (Ale genialne uczucie spotkać się po takim czasie.)



Portret dla chłopaka, którego poznałyśmy przez Couchsurfing i u którego mieszkałyśmy przez parę dni w Belgii. Codziennie po pracy wychodził przynajmniej na godzinę, żeby połazić i nałapać sobie Pokemonów.



Starałam się też oczywiście malować krajobrazy, architekturę i różne rzeczy, które widziałam, ale szło mi fatalnie, więc wklejam tylko dwa obrazki. Na pierwszym urocze łódki widziane w Belgii.



A tutaj próba namalowania widoczku w którejś z holenderskich wiosek, po których jeździłyśmy pożyczonymi rowerami. Wyszło źle, ale zdaję sobie sprawę, jakie błędy zrobiłam (powinnam wszystko bardziej rozmalować, bo wyszło śmiesznie ilustracyjnie a nie malarsko, plus powinnam odważniej mieszać kolory, brakuje mi w tym wszystkim swobody). Wszystko przez to, że nie mam żadnej wprawy w malowaniu krajobrazów.



Niedługo wrzucę jeszcze trochę rzeczy, które namalowałam w ostatnim czasie. A tak z ciekawostek, właśnie założyłam sobie INSTAGRAMA, gdzie będę wrzucać nie tylko te bieżące zdjęcia. Mam tyle zdjęć porobionych w ciągu moich kilku podróży (od 2014), że głównie chciałabym się skupić na nich. Będę również wrzucać te aktualne zdjęcia, głównie dotyczące moich rysunków, studiów i różnych projektów. Co do projektów, to w ten weekend rusza Projekt 24h, na którym w ciągu 24 godzin trzeba narysować 24 strony komiksu na zadany temat. Totalnie już nie mogę się doczekać. :)

czwartek, 6 października 2016

Autostopem po Europie

Znowu razem z Misią wybrałyśmy się w autostopową podróż, choć tym razem znacznie dalej.



Malowałyśmy turystom portrety na ulicach (poniżej wklejam trochę zdjęć sportretowanych przeze mnie ludzi), sprzedawałam też swoje pocztówki z parodiami sławnych obrazów oraz naklejki z namalowanymi kotami. Bycie artystą ulicznym jest świetne. Praktycznie ciągle przebywa się z ludźmi - podchodzą, zagadują, pytają, opowiadają o sobie. A czasem siedzą jeszcze pół godziny po namalowaniu portretu, tak im się fajnie rozmawia. Poznałam też mnóstwo innych artystów ulicznych, portrecistów, śpiewaków, tancerzy (a nawet sprzedawców selfie sticków i czarnoskórych handlarzy kiczowatymi wieżami Eiffla). Miałam możliwość poznać turystykę od tej drugiej, nieznanej strony. Odbyłam wiele niezapomnianych rozmów. Poznałam parę Francuzów, którzy byli w podróży już kilka lat, grali na ulicach na didgeridoo i w ten sposób zarabiali na podróż do Ameryki Południowej, by spotkać się z szamanami. Poznałam parę z VagabundArt, która była w podróży od paru miesięcy i tak, jak my, sprzedawała swoje prace na ulicach różnych miast i krajów. Spałyśmy w amsterdamskich krzakach razem z polsko-litewską grupą autostopowiczów, którzy od dwóch tygodni sprzedawali turystom ręcznie robione łapacze snów i inne cuda. W pewnym paryskim zaułku spotkałyśmy mnóstwo ulicznych portrecistów ze wszystkich stron świata; miałam możliwość całkowicie poznać taki artystyczno-uliczny, inny świat.



Poruszałyśmy się tylko stopem, spałyśmy w namiocie, w tirach, u ludzi z Couchsurfingu i nie tylko. Pływałyśmy w kilku różnych morzach i w oceanie. Jeździłam rowerem po holenderskich wioskach, po przepięknych, zielonych równinach pełnych koni i owiec. Poznałam bezdomnych ludzi w Amsterdamie, gdy w nocy ukryliśmy się gdzieś wszyscy przed ulewą. W bogatej i nowoczesnej Antwerpii widziałam niesamowitą mieszankę kultur i ras (np. widziałam afrykańskie tańce). W Brugii mieszkałyśmy razem z Syryjczykiem, który uczył mnie nowych gitarowych trików, a ja uczyłam go piosenki Wilków (i przysięgam, robił najlepszą herbatę na świecie). Miałam okazję dowiedzieć się czegoś o Syrii od innej strony, nie tylko przez media. W Calais miałam wakacje od wakacji, słodkie lenistwo w domku letniskowym. W Paryżu ukryta wśród płaczących wierzb za Notre Dame oglądałam zachód słońca nad Sekwaną. Gdzieś we Francji poznałam Indianina, który podróżuje z całą masą indiańskich instrumentów i gra na koncertach. Parę dni mieszkałam w Hendaye, w prawdziwym raju na granicy hiszpańsko-francuskiej. Widziałam pustynię na wschodzie Hiszpanii. W Tarragonie nocowałam na plaży i rano zaczęłam dzień od pływania w morzu - idealny początek dnia! W Walencji doszczętnie rozwalił nam się namiot i tym samym musiałyśmy już wracać...

Poznałyśmy mnóstwo niesamowitych kierowców, w tym sporo z Afryki. Jeden nie mówił po angielsku i specjalnie pokazywał nam obrazki z Maryją, żeby wytłumaczyć, że jest katolikiem. Inny - z Tunezji - opowiadał nam wszystko o Francji i zabrał nas w najpiękniejsze punkty widokowe. Jeszcze inny pochodził z Sahary, gdzie na pustyni wychował się razem z licznym rodzeństwem i z wielbłądami. Poświęcił nam cały dzień, by pokazać nam najpiękniejsze miejsca na południe od Barcelony i mówił, że to u nich normalne, że pomaga się innym ludziom, nie rozumie, czemu ludzie w Europie są tacy zamknięci.

Poznałam tyle historii, przeżyłam tyle niezwykłych chwil, że musiałabym założyć osobnego bloga, żeby to wszystko spisać. A to wszystko tylko w pięć tygodni, które w zwykłym codziennym życiu mijają nam niezauważalnie. Kocham podróżnicze życie. W tej chwili moje marzenie to Gruzja i Armenia (moje buty trekkingowe czekają!). Jeżeli nie, to jak najwięcej Hiszpanii plus przepłynięcie się do Maroka. Ale zobaczymy za rok.



Po przerwie wakacyjnej wracam do blogowania, choć będę mieć na to teraz mało czasu (studia + dyplom + zlecenia + parę dodatkowych projektów). Niedługo nadrobię zaległości i wrzucę to, co namalowałam w ostatnim czasie, a jest tego troszkę.